Którą rolę kobiecą odgrywałaś w 2014.

Było już o Panach w 2014 i ich męskich rolach, teraz czas na kobiety. Dużo w prasie zagranicznej mówi się o kobiecych rolach filmowych i jak jest ich więcej, jakie są różnorodne i wiarygodne. Możliwe, wszystkich filmów nie widziałam, ale filmy oscarowe pozostawiają na ten temat wiele do życzenia. Nie da się ukryć, że studia produkcyjne w 2014 nadal preferują stereotypowe role żeńskie i to pewnie szybko się nie zmieni. Mężczyźni w przeciwieństwie do płci pięknej redefiniują swoje dotychczasowe ja, pokazują więcej wrażliwości, kwestionują kulturowe wzorce. Kobiety niestety gdzieś zgubiły się w walce o władzę. Poniżej przedstawiam pięć filmów, pięć różnych spojrzeń na kobiece role, pięć/cztery stereotypów -nie piszę o Marion Cotillard, bo nie ma jeszcze filmu w Polsce.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA
Marion Cotillard w Two Days, One Night
Felicity Jones w The Theory of Everything
Julianne Moore w Still Alice
Rosamund Pike w Gone Girl
Reese Witherspoon w Wild

Moją cichą, prywatną faworytką jest Rosamund Pike i jej rola w „Zaginionej dziewczynie”. Nie dość, że postać jest dobrze skrojona, to jest też najbardziej dojrzała i świadoma swojej roli w życiu małżeńskim. Najwięcej balansuje na stereotypach i najchętniej chciałaby je przełamać, ale mocniej mają one ja we władaniu. Amy Dunne córka znanych pisarzy, uprzywilejowanych finansowo i społecznie, dziewczyna, która stała się pierwowzorem bohaterki opowieść dla dzieci „Cudowna Amy”. W dużym skrócie postać z bajek realizowała to, czego prawdziwa Amy nie mogła i nie potrafiła. Posągowa piękność z poczuciem humoru i dystansem oraz inteligencją znajduje sobie chłopaka z Minnesoty, niezamożny, mało wyrafinowany, wręcz prosty, ale iskrzy. Ich małżeństwo inne od stereotypowych, wielkomiejskie z luzem i skupione na sobie. Ona w pewnym momencie utrzymuje związek, bez pretensji czy żalu. W trudnych chwilach idzie na kompromis, godzi się na wszystkie wymogi sytuacji, szczególnie kiedy wracają do małego miasta rodzinnego. Poświęca się, znosi to, tkwi w małżeństwie, chce dziecka pomimo niesprzyjających warunków finansowych. Wydaje się, że jest aniołem dla swojego męża, nic co robi, nie ma granic. Dosłownie nic, gdzieś w tej małżeńskiej współczesnej sielance znika. Pewnego dnia jej mąż po powrocie zgłasza na policję zaginięcie. Nie dlatego, że nie chcę już trwać przy boku męża, tylko dlatego by się zemścić. Zaplanowana perfekcyjnie zbrodnia wymaga ofiary, w tym przypadku najgorszej, bo z jej życia. Amy, by wrobić swojego męża w morderstwo musi popełnić samobójstwo. To jest daleko posunięta decyzja, zabić siebie, żeby ukarać mężczyznę, którego „kocha”. Nie bez powodów krytycy pisali o postaci Pike, że jest dysfunkcyjna, psychopatyczna. Jej spojrzenie na związek i relacje miedzy ludzkie odbiegają „od normy”. Wychowanie gdzieś zgubiło jej tożsamość, Cudowna Amy robiła to za nią. Pike to także metaforyczna ofiara z kobiety, jak jej emocję pogrążają samą siebie. Kiedy jej plan nie znajduje realizacji, jest to tylko pogorszenie sytuacji, końcowe rozegranie może być gorsze dla niej niż śmierć. Zamiast dokończyć żywota, będzie tkwiła w dysfunkcyjnym małżeństwie pełnym żalu, resentymentu, każdego dnia utrudniając sobie i swojemu mężu życie, bo właśnie tak wygląda małżeństwo. Jej rola, to dla mnie przykład kobiety, która udaje kogoś innego, iż jest tylko po to, by zadowolić męża, rodziców itp. tracąc przy tym zmysły.

Wiele osób trzyma kciuki za Julian Moore i jej rolę w filmie „Nadal Alice”. Nauczycielka akademicka wykładająca lingwistykę na prestiżowym uniwersytecie, matka trójki dzieci, u szczytu kariery dowiaduje się, że rozwija się u niej choroba Alzheimera. Dla kogoś, kto na co dzień zajmuje się problemami językowymi, ta choroba jest ironią losu. Wszystko, na czym opierała swoją siłę, zniknie. Nie będzie mogła już powoływać się na wiedzę, umiejętności czy chociażby zdolność mózgu. Będzie uczyć się zapominać. Ta rola wydawałaby się skrojona na Oscara, ludzka tragedia, której towarzyszą emocje publiczności, „nośny temat” choroby Alzheimera niestety brakuje mi w tej postaci szczerości i emocji samej aktorki. Poza zwątpieniem i strachem Julian Moore niekoniecznie przekazuje więcej. Końcowa scena, kiedy czyta i wykreśla z kartki monolog, jest zbyt dosłowna i cały jej performance wydaje się właśnie zwykłym odczytywaniem scenariusza. Rola Moore wpada w stereotyp kobiety sukcesu, która traci wszystko, na co pracowała życie, nie ma tu poza faktem choroby żadnych innych informacji i emocji.

Mniej surowa jestem dla Reese Whiterspoon i jej roli w filmie „Wild”. Dziewczyna po śmierci matki nie może poradzić sobie z tragedią. Nadużywa alkoholu i środków psychogennych, by poradzić sobie ze smutkiem i żalem, wiedzie wątpliwe życie erotyczne z przypadkowymi partnerami. By wyciągnąć się z tej dołka, wyrusza samodzielnie w podróż szlakiem turystycznym wzdłuż Pacyfiku. Przez dni pozostaje sama związana z naturą i może liczyć tylko na siebie. Nie jest do tej wyprawy zbytnio przygotowana, nie ma odpowiedniego sprzętu, nie umie używać butli z gazem, pakuje nie ten prowiant, co trzeba, nie używa swojego instynktu zachowawczego. Podczas podróży próbuje rozliczyć się emocjami i wspomnieniami z dzieciństwa-by odnaleźć siebie. Jej silne relacje z matką i jej sposobem życia bulgoczą pod powierzchnią żalu i nieporadności. Reese Whiterspoon stara się z wszystkich sił urozmaicić swoją postać, ale nie da się uciec od wrażenia, że jest to kolejna opowieść o kobiecie upadłej, zagubionej, której emocje opanowują i paraliżują jej działania. Jej dysfunkcyjna i niepełna rodzina nadaje tragedii i negatywnego wydźwięku filmowi.

Felicity Jones odmienna rola od powyższych. Niewykorzystany potencjał roli kobiety, która trwa przy własnym mężu niezależnie od okoliczności, choroby i trudności z tym związanych. Kobieta, która tuż po poznaniu Hawkinga dowiaduje się jego chorobie, decyduje się na ślub. Ta młoda miłość i naiwności z niej wynikająca przez 40 lat trzyma to małżeństwo razem. Podstawowe czynności, jakie musi wykonywać, ubieranie męża, nakarmienie męża, a również opieka nad dziećmi znosi bez zająknięcia. W jej przypadku, słowa: za każdym mężczyzną stoi kobieta nabierają mocy. Felicity Jones, delikatna i wrażliwa studentka sztuk, stanowi przeciwwagę dla Hawkinga, jej empatyczne podejście nie jest ciężarem, ale jest jej siłą. Jones tylko nie wykorzystuje potencjału tej roli. W momencie, kiedy pojawia się okazja do pokazania szeregu skomplikowanych uczuć, ucieka, chowa za plecami męża. Nie ma ani razu jej wątpliwości, a przecież koniec ich związku wisi na włosku. W kilku ujęciach wyrywa się jej chęć poświęcenia swojej dziedzinie. Ta rola ma ogromny potencjał, ale nie jest on wykorzystany, możliwe, że przez samą aktorkę, a może raczej przez produkcję. Kolejny gwóźdź do trumny zwany, stereotypem mówiącym o poświęcaniu swojego życia dla osiągnięć mężczyzny.

Czy te wszystkie stereotypy zmieniają coś w kinie, szczególnie kobiecym i dla kobiet? Te wszystkie role, które w oscarowych filmach są przedstawione, mają swoje mocne strony? Cierpliwość, empatia i siłą z nich wypływająca są cechami, które powinny być pielęgnowane wśród kobiet. Kobiecy nie znaczy słaby czy nieodpowiedzialny, przy nadmiernej maskulinizacji, trzeba pamiętać o kobiecych cechach i trochę mi tego brakuje w tych filmach. Te stereotypy filmowe często przytłaczają swoim ciężarem i spłycają odczytanie filmu. W większości negatywne cechy kobiet są tutaj punktem wyjścia do dalszego poszukiwania własnego kobiecego ja-w przeciwieństwie do mężczyzn- kobiecość w 2014 roku to ciągle przeszłość zazwyczaj toksyczna i niepewna przyszłość. Oby 2015 przyniósł więcej różnorodności i rozwiązań dla kobiecych ról.

Sekretne życie Walter Mitty – Afirmacja życia

Chodzi za mną ta recenzja chyba gdzieś od roku :/ Film znany większości publiczności, był już w kinach, na płycie, telewizja też już odcina kupony od Waltera, ale jest coś w tym filmie, co sprawia, że wracam dość często do niego. Nie przepadam za ponownym oglądaniem filmu po jakimś czasie, chyba że muszę uważniej się przyjrzeć, ten, jednak zapadł mi w pamięć i dla czysto hedonistycznej potrzeby podejmuje się tej recenzji.

***

Walter Mitty, czterdziestoletni kierownik repozytorium pracuje w magazynie Life. Przez ostatnie szesnaście lat współpracował z fotografem Shanem O’Conellem (Sean Penn) poddając obróbce jego zdjęcia. Walter przesiaduje głównie w ciemnym pomieszaniu chowając się przed światem. W swojej kremowej marynarce, czarnych spodniach i białej koszuli jest praktycznie niewidoczny dla reszty świata. Swoje obowiązki wykonuje sumiennie, można powiedzieć, Walter jest odpowiedzialny i spokojny, ale ma jedną przydatną umiejętność potrafi śnić na jawie. Walter zanurza się w świat bohaterskich czynów, ciekawych podróży i odważnych decyzji, kiedy jest ku temu sposobność. Jego życie, gdyby nie przypadek, a raczej ciąg przypadków. Zagubione zdjęcie zmusi Waltera do wyruszenia w podróż jego życia. Kiedy wróci, nie będzie już tym samym człowiekiem.

***

Ben Stiller znany jest szerokiej publiczności raczej z komedii jak „Zoolander”, „Jaja w Tropikach”, „Telemaniak”- filmy, które zdobyły największe zainteresowanie wśród widzów. Jest też bardziej refleksyjna strona tego reżysera, co widać najlepiej po jego debiucie „Orbitowanie bez cukru”. Gorzka satyra na życie absolwentów uniwersytetu, którzy w ówczesnej rzeczywistości nie potrafili odnaleźć własnej ścieżki życia. Pokolenie dzieci powojennego, amerykańskiego boomu, dla których wartości rodziców nie były już aktualne. W tym debiucie można dopatrywać się narodzin postaci Waltera. Ciężar dźwigania szarej rzeczywistości na swoich barkach, pracy, zobowiązań finansowych i opieki rodzicami zbija się z chęciami odmiany własnego losu. Walter wydaje się być kontynuacją tych postaci, tylko że teraz ma już bagaż doświadczeń życiowych i dystans. Ben Stiller jak przystało na aktora komediowego potrafi również zagrać role bardziej dramatyczne i trzeba przyznać, że wychodzi mu to nieźle, szczególnie, kiedy pokazuje neurotyczną twarz Waltera. Nieśmiały, wycofany Walter znosi kolejne trudności z pokorą. Stiller nadaje mu charakteru trafnymi kwestiami i ich prostotą i lekko ironicznym wydźwiękiem np telefoniczna relacja z pracownikiem obsług klienta. Fabuła oparta została na opowiadaniu James’a Thurbera w NYTimesie pod tytułem „Cudowne życie Waltera Mitty”. W 1976 roku była pierwsza ekranizacja tej powieści i jest to film wierny pierwowzorowi literackiemu. Stiller zaczerpnął jedynie wątek „marzeń na jawie” i przerzucił swoją postać we współczesne czasy. Reżyser również wzbogacił scenariusz w nowe wydarzenia, czasem zaskakujące i absurdalne, ale zdecydowanie rozrywkowe. Silną stroną filmu jest również jego warstwa wizualna, operator Stuart Dryburgh znany z filmu „Fortepian”, czy „Malowany Welon” ujmuję Waltera w klamrę szerokich planów, pejzaży i tym samym nadaje filmowi lekkości oraz swobody. Nie da się ukryć, że aktorzy zaproszeni do współpracy nie mają może silnych ról, ale tworzą postacie wiarygodne, oryginalne i zabawne. U boku Stillera występują: Kristin Wiig, Kathryn Hahn, Patton Oswalt. Wszystkim aktorom udało się nadać charakter swoim postaciom. Oswald swoim głosem wyraża sympatię oraz koleżeństwo wobec nieznanego Waltera, Hahn dowcipem swoistą niezgrabność, a Wigg, to spokojna pani z kadr, która tak samo, jak główna postać jest nieporadna. Ciekawym wyborem wydaje się być ścieżka dźwiękowa. Pomimo dobrego dobór utworów z tzw sceny „indie”, to czasami wydaje mi się, że cały charakter muzyczny miał przypodobać się młodszej widowni i jest czasami dla mnie niespójny.

Nie da się ukryć, że Walter to nie arcydzieło, ale Stiller nie miał zamiaru takiego filmu robić. Jego styl konsekwentnie trzyma się postaci, która zderza się z rzeczywistością, czy to w zabawny, czy bardziej tragiczny sposób. Kino dobre, nie rewelacyjne, czasami zwyczajnie dobre, ale w swojej zabawnej lekkiej formule sprawia, że chętnie się to ogląda. Walter Mitty, to zdecydowanie inteligentna historia o współczesnym Kowalskim, który wstaje zza biurka i zmienia swoje życie. Film pełen ciepła, wyrozumiałości i pokory. Zdecydowanie jeden z moich ulubionych szczególnie za fakt, że nie moralizuje, a jedynie zwraca i przypomina o możliwościach drzemiących w człowieku.

7/10

Bijemy się o złotą patelnię

Skoro bijemy się o złotą patelnię w czterech kategoriach, z czego o jedną najważniejszą –  zdjęcia za film, to warto wiedzieć, z czym do ludzi idziemy. Na stronie Narodowego Instytutu Audiowizualnego pojawiła się możliwość obejrzenia „Joanny”, trzeba  tylko zarejestrować się, za darmo, a 19 będzie można obejrzeć film Link tu

Trailer

http://ninateka.pl/film/joanna-zwiastun

Boyhood – Dorastanie na ekranie

Wydaje się, że tak prozaiczne wydarzenie, jak dorastanie zostało już przedstawione na ekranie nie raz. W szczególności w filmach dla młodzieży temat ten króluje, odkąd marketingowcy znaleźli w młodości potencjał na sprzedaż produktów i usług. Wcześniej wielkie studia produkcyjne jak Disney uczyniły dzieci i nastolatków swoim odbiorcą dzięki polityce przedłużania dzieciństwa poprzez ograniczanie do utopijnej fabuł. Dzieciństwo, to czas beztroski, pozbawione wpływów przemocy, czas marzeń i zabawy. Nie znaczy to jednak , że na rynku filmowym nie było odmiennych prezentacji dorastania, ale wydaje mi się, że od niedawna gatunek ten przechodzi odrodzenie. Młodzież dorasta, rodzice patrzą z sentymentem na lata młodości. tworzy się nowa widownia zainteresowana tym tematem. Mimo to „Boyhood”, to nie jest zwykły film o życiu rodzinnym. Kręcony przez 11 lat, z czego 39 dni zdjęciowych pokazuje jak zmienia się życie rodziny. Aktorzy dorastają na ekranie, rodzice się starzeją, rodzina zdobywa kolejne doświadczenia życiowe. I nie byłoby niczego szczególnego w tym film, ot o rodzinie i upływie czasu, gdyby reżyser nie zastosował odpowiedniego chwytu. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to rodzina jak każda inna ze swoimi problemami, starająca się przetrwać kolejne lata. Ale to, co widać na ekranie, to tylko fasada. Im bardziej zagłębiamy się w fabułę, tym bardziej widać co stoi za wydarzeniami. Ta perspektywa z poziomu dziecka, które mając 10 lat jeszcze nie bardzo wie, o co chodzi w życiu matki, udziela się widzowi. Powoli łączymy kropki, dowiadujemy się szczegółów z życia matki i ojca i powoli rozumiemy, o co chodzi w filmie/życiu. Dodatkowo emocje, w szczególności rodziców zwracają uwagę, końcowa scena, w której Patricia Arquette odsłania swoje myśli i emocje zasłużenie przyniosła jej nominacje do Oscara. Całe swoje życie poświęciła na opiekę nad dziećmi oraz zapewnianie, im bytu sprawia, że czuje pustkę i żal, kiedy one dorastają.

Boyhood, to z pewnością film, który po pierwszej projekcji wydaje się być nudny, przewidywalny. Dopiero po seansie, po kilku dniach dopada człowieka refleksja na temat własnego życia rodzinnego. Zdecydowanie godny polecenia, ale Boyhood, to będzie projekcja,która wymagać będzie od widza wysiłku.Trzeba pozbyć się nawyków widza,który nadmiernie opatrzył się kinem z wyśrubowaną akcją i schematycznymi postaciami.

Testosteron godny Oscara

22 lutego przekonamy się, który mężczyzna odegrał najlepiej swoją rolę,najlepiej wg Akademii Filmowej. Tegoroczny wyścig podzielił się między mężczyzn impotentów, chłopów rasowych – bohaterów narodowych, ofiary losu, chłopa niepełnosprawnego, no i wiek męski, wiek klęski. Lista nominowanych jest krótka i wszystkim znana. Dla niektórych osób nominacje niektórych postaci są przypadkowe i niezasłużone. Możliwe. Jak już się spięli w Stanach i móżdżyli na temat męskiego wzorca w 2014 roku, to i ja sobie pomóżdźę. Dla przypomnienia, kto i za co bije się o złotą patelnię: nominacje za najlepszą rolę męską przypadły w tym roku:

Steve Carell Foxcatcher
Bradley Cooper Sniper
Benedict Cumberbatch Gra tajemnic
Michael Keaton Birdman or (The Unexpected Virtue of Ignorance)
Eddie Redmayne Teoria wszystkiego.

Mężczyzna jako wzór do naśladowania, ostoja spokoju i mądrości w 2014 roku pokazał swoje słabości. To już nie ojciec narodu, farmer, czy kowboy, który niestrudzenie broni swoich wartości. W zeszłym roku mężczyzna, to postać z przeszłością, który walczy ze swoją męską energią, w okolicznościach, które mu nie sprzyjają.

Na pierwszy rzut idzie: kastrat, ten co chciałby być urzeczywistnieniem męskiej siły, a nie jest -Steve Carell, a raczej wcielenie Johna du Ponta. Aktor w filmie Foxchatcher rysuje portret bogacza, kory ma ambicje stworzenia na swoim ranczo warunków dla męskiej reprezentacji olimpijskiej. Sam John du Pont to mało ruchliwy i męski typ, brakuje mu charyzmy antycznego zapaśnika, więc sobie wynajmuje takich, co mają odpowiednio przerośnięta tkankę mięśniową i instynkt walki. Posiadanie ich na własność (w postaci wygód mieszkalnych i możliwości treningu) wyznacza mu rolę przewodnika, ojca nawet. Kreuje się na mentora. Po czasie dopiero widać, że nie bardzo mu, to wychodzi, bo czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał. Na co dzień z rezerwą i chłodnym umysłem próbuje kierować zapaśnikami. Szybko wychodzi, że o samej technice walki wie mniej niż David Schultz, starszy z braci. Bracia zapaśnicy trenują i żyją właśnie na jego koszt, trenują sami siebie, bo to rodzinna przypadłość przechodząca w genach z brata na młodszego brata. Bierność du Ponta i niezdolność do osiągnięcia sukcesu jest spowodowana relacjami z matką. Kobieta pogardza tym, co fizyczne, ujmuje swojemu synowi umiejętności i pewności siebie. Jego rozbicie między niemożnością zaakceptowania przez matkę powoduje spięcia w psychice i końcową tragedię. Carell wykonuje świetną robotę, niektórzy narzekają, że chowa się za maską charakteryzacji, ale dla mnie pomogła ona mu się zdystansować się do postaci i stworzyć psychopatyczną wersje arystokraty aspirującego do miana lidera. Pomimo wolnego tempa akcji aktor daje wyraz swojej postaci. Choć siły dodaje mu charakteryzacja, to udaje mu się manipulować głosem i wypowiadać kwestie w sposób, który nadaje charakter szaleńca. Postać tragiczna w swojej męskiej niezdolności do wykrzesania z siebie prawdziwej siły mięśni.

Druga postać to zupełne przeciwieństwo Carella, Bradley Cooper wciela się w kwintesencje amerykańskiej męskiej energii, jaką jest mieszkaniec Texasu- Sniper„. Chłop wychowany w prostych zasadach, używający prostych środków i posługujących się prostym kodeksem moralnym. Z braku poczucia życiowej misji zaciąga się do armii amerykańskiej, by służyć swojemu krajowi. Dzięki bystremu oku szybko staje się legendą w wojskowych szeregach. Jego prostolinijność nie pozwala zmącić mu swojego umysłu. Strzelając do muzułmanów jak do kaczek, nie ma wyrzutów sumienia, nie zadaje pytań, robi to, co powinien. To nie na terytorium wroga odnajduje zagrożenie, to raczej w swoim kraju musi oglądać się przez ramię. Ciężar bohatera narodowego i tych, którzy nie potrafią podołać archetypowi, zbiera żniwa. Mam wątpliwości, czy Bradley tworzy postać godną Oscara. Nie widać po jego grze głębi przeżytych doświadczeń. Gdyby nie dwie sceny, jedna w barze, druga u psychologa, gdzie pojawiają się przesłanki o traumie wojennej, to nie miałabym wątpliwości. Mój filmoznawczy instynkt podpowiada mi, że ten film w swoim wydźwięku jest prosty zbyt prosty i  postać Coopera nie zaprzecza temu.

Benedict Cumberbatch, przedstawia kolejny męski wzorzec, który tym razem pada ofiarą systemu. W Grze tajemnic genialny matematyk, którego moce przerobowe są większe niż całego nazistowskiego narodu, próbuje złamać szyfr niemieckiej Enigmy. Alan Turing to osoba nie do końca odnajdująca się w relacjach międzyludzkich ze względu na swoją oschłość, pompatyczność i niezależność. Każdego dnia próbuje ukryć własną tajemnicę, swój homoseksualizm. Cumberbatch bez wątpienia zasługuje na nominację do Oscara, ale nie za ten film. Turing jest zwyczajnie, już schematycznie arogancki, niepotrzebnie stylizowany na bohatera amerykańskich filmów akcji. Jego gesty, sposób wypowiadania się, kwestie, spłaszczają głębię tajemnicy, jaką skrywa, nie przekonują. Nie jest społecznie dziwny (co pewnie wypływało z jego homoseksualizmu i braku powszechnej akceptacji jego preferencji), jest, po prostu nudny. Prywatna historia Turinga jest sprowadzona do parteru. Nie ma w nim życia, jest tylko matematyka i maszyna. I może aktor chciał schować swoje emocja za zasłoną ciągów liczb i mechanizacji, ale mnie ta rola nie przekonuje.

Benedict Cumberbatch, przedstawia kolejny męski wzorzec, który tym razem pada ofiarą systemu. W Grze tajemnic genialny matematyk, którego moce przerobowe są większe niż całego nazistowskiego narodu, próbuje złamać szyfr niemieckiej Enigmy. Alan Turing to osoba nie do końca odnajdująca się w relacjach międzyludzkich ze względu na swoją oschłość, pompatyczność i niezależność. Każdego dnia próbuje ukryć własną tajemnicę, swój homoseksualizm. Cumberbatch bez wątpienia zasługuje na nominację do Oscara, ale nie za ten film. Turing jest zwyczajnie, już schematycznie arogancki, niepotrzebnie stylizowany na bohatera amerykańskich filmów akcji. Jego gesty, sposób wypowiadania się, kwestie, spłaszczają głębię tajemnicy, jaką skrywa, nie przekonują. Nie jest społecznie dziwny (co pewnie wypływało z jego homoseksualizmu i braku powszechnej akceptacji jego preferencji), jest, po prostu nudny. Prywatna historia Turinga jest sprowadzona do parteru. Nie ma w nim życia, jest tylko matematyka i maszyna. I może aktor chciał schować swoje emocja za zasłoną ciągów liczb i mechanizacji, ale mnie ta rola nie przekonuje.

Kiedy Turing atakuje siebie i swoje życie, drugi naukowiec stara się przetrwać za wszelką cenę. Steven Hawking, czyli genialny mózg w Teorii wszystkiego”. Umysł, który działa niezależnie od fizyczności, umysł, który nie pozostaje w zależności z ciałem. Mężczyzna, dla którego najwyższą wartością jest jego mózg i potencjał w nim drzemiący, staje się metaforą chęci życia. Trudna do zagrania rola osoby niepełnosprawnej, która wyraża swoje emocje tylko poprzez drobne gesty, ruch brwi, czy ust. Dzięki tym niewielkim skurczom mięśni przesyła bardzo dużo informacji, spojrzenie wraz z symulatorem mowy wiele mówi o charakterze filmowego Hawkinga. Nie wiemy, co sobie postać myśli w tej tragicznej sytuacji, widzimy tylko walkę ciała z przeciwnościami. Kolejne przeszkody codziennego życia zostają pokonywane, schody, jedzenie, podstawowe czynności dla niego są wyzwaniem. Eddie Redmayne ograniczył grę aktorską do szczegółów, podobnie jak Carell, za to ma u mnie ogromny plus. Nie można zapominać, że aktor gra również ciałem. Buduje postać ze zwykłych ruchów ciała, odgarnianie włosów, tiki nerwowe, miny. Takie wygrywanie szczegółów jest o tyle trudne, że trzeba zmienić własny naturalny sposób bycia i w przypadku Hawkinga unieruchomić się, czyli powstrzymać swoje ciało od naturalnego sposobu bycia. I ten młody aktor to potrafi, udało mu się stworzyć wiarygodną postać, w tym przypadku rzeczywistą, równą prawdziwemu Hawkingowi, ale nie odzierając z własnej interpretacji postaci.

Najbardziej dojrzały wydaje się Keaton w Birdmanie„. Mężczyzna doświadczony zarówno w życiu, jak i w grze aktorskiej wraca do łask. Podstarzały aktor, który próbuje odzyskać własną godność i choć na chwilę stać się osobą z przeszłości. Chęć tworzenia, wydaje się silniejsza niż męska odpowiedzialność za własne życie i córki. Finansowe zabezpieczenia na przyszłość zostają spożytkowane na jego marzenia o ulotnej sławie i poklasku. Chłop, który desperacko próbuje walczyć z własnym ja i ego. Często w filmie widać ciężar, jaki niesie za sobą bycie reżyserem, aktorem w teatrze życia. Komediowe zdolności Keatona mieszają się tutaj z osobistą tragedią. Szaleństwo z chęcią kreowania siebie. Zdecydowanie mój kandydat do Oscara za najlepsza rolę męską 2014roku.

Drogie panie w 2014 roku mężczyznom nie było łatwo. W szaleńczym pędzie do większej feminizacji kina (uzasadnionej, żeby nie było), warto nie zapominać o drugiej połówce, bo pomimo dominacji na ekranie, to nadal jest to bogate źródło inspiracji.

 

Whiplash – Porażka matką sukcesu.

Muzyka jak wszelkie dziedziny zawodowe wymaga ciężkiej pracy. Chcąc wzbogacić swój warsztat, znaczną część czasu trzeba przeznaczyć na ćwiczenie gam, szlifowanie tempa gry. Poświęcenie, jakie trzeba złożyć w hołdzie sztuce, często pochłania całe życie. Jednak sama determinacja i praca nie wystarczają, czasami trzeba czuć, że muzyka to całe życie, znaleźć odpowiedniego nauczyciela i nie dać się zmiażdżyć przez jego wielkie ego. Dla Andrew Neimana spotkanie z Terencem Fletcherem to nie tylko lekcja muzyki, ale i życia. Krew, pot i łzy to tylko początek jego drogi jako perkusisty, pod okiem szanowanego maestro będzie musiał udowodnić, że ma talent i charakter.

***

Andrew Neiman (Miles Telller) rozpoczyna naukę gry na perkusji w prestiżowym konserwatorium in Shaffera w Nowym Yorku. Marzenia o zostaniu znanym perkusistą na miarę Budiego Richa dodają konsekwencji jego działań. Pewnego dnia w sali prób spotyka wymagającego nauczyciela i promotora młodych talentów Terence‚a Fletchera (J.K.Simons). Współpraca z nim daje możliwości zaistnienia w świecie muzycznym. Perkusista otrzymuje zaproszenie do jego grupy muzycznej, która składa się z najwybitniejszych uczniów. Ku zaskoczeniu adepta to dopiero początek ciężkiej pracy. Maestro okazuje się tyranem, który nie stroni od przemocy i sieje terror na sali prób. Dwie skrajne męskie siły sprawdzają swoją wytrzymałość psychiczna. Walka między nimi będzie rozgrywała się o ego i spełnianie marzeń. Kto okaże się lepszy? Andrew musi przestać marzyć o byciu jak Buddy Rich i powoli pisać własną historię.

***

Rok temu, dokładnie 16.01.2014 roku „Whiplash” miał swoją premierę na Festiwalu w Sundance w USA. Film startował w kategorii „dramat amerykański”, gdzie wygrał w konkursie głównym i wypełnił salę po brzegi. Krótko po premierze, Sony Pictures Entertainment przejęło prawa do dystrybucji i tak oto film, który rozpoczynał drogę na festiwalu filmów niezależnych, trafił do szerszego obiegu. Whiplash zarobił całościowo 7,572,092 dolarów, podwajając tym samym swój budżet. Na portalu metacritic otrzymał 88 procent na sto, można powiedzieć, że odniósł sukces artystyczny. Większość krytyków z opiniotwórczych codzienników wysoko oceniła poziom filmu, The New Yorker oraz The Guardian skrytykowali w szeregu tekstów, ale nie przeszkodziło to filmowi, bo uzyskał przed oscarowy buzz i zaistniał w kulturze filmowej. Dokładnie w dzień ogłoszenia nominacji do Oscarów Whiplash zatoczył koło od niezależnego festiwalu do mainstreamowej imprezy filmowej. Pięć nominacji do Oscara i to we wszystkich najbardziej poważanych i pożądanych kategoriach. Warto przypomnieć, że film ma na koncie nominacje do Golden Globes , statuetkę dla J.K.Simmonsa oraz Baftę. Takie rzeczy tylko w Stanach. A, że Sudance już się zaczęło stwierdziłam, że najlepszy czas na recenzje. Film właśnie pojawił się w kinach więc można więc zaserwować sobie spontaniczny wypad na seans.

Chazelle zaczerpnął pomysł z własnych doświadczeń. Reżyser w liceum był członkiem bardzo wymagającej grupy jazzowej. Nauczyciel muzyki może nie odpowiada wizerunkowi w filmie, ale jego osobowość stanowiła podstawę do roli J.K.Simmonsa. Ta historia wydaje się nie tylko sprawnie i rozrywkowo zrealizowanym filmem, ale także zadaje pytanie o sztukę i poświęcenie. Jak daleko można się posunąć, by oszlifować talent? Czy rygor i poniżanie nie zabijają talentu, nie każdy jest tak samo odporny i nie każdy potrzebuje motywacji w postaci przemocy.  I jak wpływa walka na nas, kiedy nie można osiągnąć poziomu wyznaczonego przez nauczyciela.

Cały ten jazz, a raczej jego brak.

W filmie muzycznym nie da się uciec od ścieżki dźwiękowej, film od początku trzyma muzyczny poziom. Dwa muzyczne giganty Whiplash, Caravan poprowadzonej pod superwizją dwóch doświadczonych muzycznych kompozytorów nadają charakter. Whiplash, tytułowy utwór nawiązuje do dźwięku bata i utwór nigdy nie jest zagrany w filmie do początku do końca. Za każdym razem ucinany po kilku taktach. Wydaje się, że reżyser chciał pozostawić widza głodnym, by na końcu dać upust muzycznemu napięciu. To udało się, końcowa scena jest imponująca. Chazell nie miał zamiaru zrobić filmu o jazzie, warstwa muzyczna w tym filmie jest tłem dla bohaterów. Tłem, które świetnie ilustruje dynamikę między postaciami. Napięcie budowane przez aktorów podrasowuje synkopowy rytm utworów. Montaż obrazu sprawnie przeskakuje między kolejnymi obrazami Nowego Yorku i sali ćwiczeń. Kamera wraz z montażem świetnie podąża za ich nastrojami, kameralna przestrzeń, dynamiczna muzyka, dwoje postaci w centrum i do tego męskie rozbuchane ego. Atmosfera na scenie zagęszcza się wraz z pędzącą muzyką, nieoczekiwane zachowania bohaterów i ich determinacja dodają filmowi thrillerowej aury. Sam reżyser mówi, że starał się podkręcić efekt napięcia, stosując filmowe tricki znane z różnych gatunków filmowych. W końcowej scenie kamera płynie razem z dźwiękami perkusji.

Nuczyciel-uczeń

Młodość i pewność siebie, otaczająca naiwność sprawiają, że chcę się sięgać po najwyższe laury. Sukces, uznanie to jest to, o czym marzy Andrew. Hołdujący znanym i wpływowym personom, chcę stanąć w jednym szeregu z nimi. Niedoświadczony, nie wie, ile pracy go czeka i że droga na szczyt nie jest usłana różami. Adrew wydaje się zwykłym uczniem sztuki, który na razie marzy o wiecznej sławie. Wszystkie największe sukcesy są jeszcze przed nimi. To podejście wypracowane przez lata ćwiczeń ma pod swój cel. Najlepsza szkoła w kraju, czas na ćwiczenia, zero znajomych, zero życia poza perkusją. Andrew idealizuje swoich mistrzów, mężczyzn z ponadprzeciętnymi umiejętnościami. Chłopak nie jest lubiany, nie ma znajomych. Dziewczyna, z którą spotyka się, jest jego przeciwieństwem, jej cele są rozmyte, nie skupia się na przyszłości za dużo, trwa w chwili. Ta dziewczyna jest jedynym kobiecym elementem w filmie. Większość kadrów ukazuje relacje męskie ojciec, nauczyciel, koledzy z grupy. Można powiedzieć, że film zdominowany jest przez nie. Niepełna rodzina, matka odeszła, pozostał tylko wzorzec ojca, z którym ma jedynie poprawne relacje. Nic dziwnego, że młodzieniec poszukuje alternatywy. Przez wiele lat był nim Buddy Rich, ale był utopią. Flecher jest namacalnym dowodem na potencjał młodzieńca. Rygorystyczny, obsesyjnie dokładny, swoją postawą i podejściem do muzyki uderza w marzenia Andrew. Chęć zostania wybitnym perkusistom sprawia, że chłopak akceptuje zasadę po trupach do celu. Nie widząc dla siebie zagrożenia. Przekonany, że nauczyciel jest surowy z jakiegoś powodu. Uważa, że tak ogromny rygor pomoże mu spełnić marzenia. Czy to prawda, czy ciężka praca i warsztat musi towarzyszyć poniżenie? Chazelle na koniec filmu stawia pytanie, czy Fletcher to osoba zła?

30 letni reżyser pokazał, że umie kręcić filmy. Zdecydowanie jest to film wart czasu i 23 złotych. Nie dość, że reżyser sprawnie posługuje się warsztatem, to także potrafi opowiedzieć inspirującą historię, która jest artystyczna i rozrywkowa jednocześnie.

Tygrysi instynkt – Animacja i wiersz

Proces tworzenia ma swoje reguły, którym podlega. Subiektywny, bo subiektywny, ale jednak proces. Te wszystkie pomysły na filmy, książki, obrazy nie biorą się z powietrza. Choć czasami przebywanie na świeżym powietrzu pomaga :) Często potrzeba napędu, by uruchomić traktor i zaorać nim pole zwane kreatywnością. Dlatego, kiedy pustka w głowie, twórcy poszukują inspiracji. Efekt czyjejś pracy może być początkiem czegoś nowego. Zazwyczaj inspiracja odnosi się tylko do „pomysłu” i konkretna twórczość rozpoczyna ciąg przemyśleń na dany temat lub jemu podobne (nie mylić z zapożyczeniem lub plagiatem). I po różnych modyfikacjach wyskakuje oryginalny pomysł. Warto poszukiwać inspiracji, w życiu w pracy, by urozmaicić trochę dzień, by swoje granice przekroczyć, czy rozwijać swoje umiejętności. Dlatego dziś, wiersz (podobno dość prosty) i animacja, która zaczerpnęła z niego temat.

William Blake

„Tygrys”

Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
Jakiemuż nieziemskiemu oku
Przyśniło się, że noc rozświetli
Skupiona groza twej symetrii?

Jakaż to otchłań nieb odległa
Ogień w źrenicach twych zażegła?
Czyje to skrzydła, czyje dłonie
Wznieciły to, co w tobie płonie?

Skąd prężna krew, co życie wwierca
W skręcony supeł twego serca?
Czemu w nim straszne tętno bije?
Czyje w tym moce? kunszty czyje?

Jakim to młotem kuł zajadle
Twój mózg, na jakim kładł kowadle
Z jakich palenisk go wyjmował
Cęgami wszechpotężny kowal?

Gdy rój gwiazd ciskał swe włócznie
Na ziemię, łzami wilżąc jutrznię,
Czy się swym dziełem Ten nie strwożył,
Kto Jagnię lecz i ciebie stworzył

Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
W jakim to nieśmiertelnym oku
Śmiał wszcząć się sen, że noc rozświetli
Skupiona groza twej symetrii?

(tłum. Stanisław Barańczak)

Oryginalne zdjęcie David Snelling. Licencja CC