Sleepy Hollow -Sezon 2- Horror współczesności

Była już książka, był pełnometrażowy film, naturalną konsekwencją filmowej rzeczywistości jest pojawienie się serialu telewizyjnego. Jak wiadomo, amerykańska telewizja lubi pomysły, które już kiedyś zostały zrealizowane, nie ważne jak wiele razy, ważne żeby było ciekawie. I to się udało. Tym razem Fox zaskoczył widzów. Serial „Sleepy Hollow” okazał się propozycją obok, której nie da przejść się obojętnie. Można go uwielbiać lub nienawidzić, wypośrodkowanych emocji nie wzbudza. Pierwszy sezon pomimo braku pozytywnych recenzji znalazł wierną publiczność i dał zielone światło dla kontynuacji.  Jak to możliwe, że pomimo niewielkiego zainteresowania serial nadal jest utrzymywany sztucznie przy życiu? Zasługa leży w temacie i sposobie realizacji. Bazą dla serialu była nowela Washingtona Irvinga „Legenda o sennej kotlinie”, szerzej znana pod nazwą „Sleepy Hollow”, ale nie jest to  wierna  ekranizacja. Twórcy balansują na granicy humory i złego smaku.

Ta mroczna opowieść zyskała na popularności dzięki obchodom Halloween i wpisała się świetnie w legendę amerykańskiej kultury. Dla mnie stanowi przykład amerykańskiego „folkloru”. W książce fabuła koncentruje się na trójkącie miłosnym Ichaboda Crane’a nauczyciela miejskiego, Abraham „Wielkoluda” Van Brunt oraz Katriny van Tassel, 18 letniej córki bogatego farmera. Akcja rozgrywa się w 1790 roku w miasteczku Senna Kotlina – Sleepy Hollow. Mężczyźni konkurują o względy dziewczyny, w których zwycięzcą okazuje się osiłek Abraham. Ichabod w drodze powrotnej spotyka jeźdźca bez głowy i znika z powierzchni ziemi. Tak w skrócie wygląda fabuła. Sama nowela jest utrzymna w romantycznym klimacie, który nie ucieka od inspiracji brytyjskim gotykiem. Innymi słowy, mrok w tym utworze jest przefiltrowany przez tajemnice oraz  uczucie.

Autorzy serialu historię Sleepy Hollow widzieli inaczej. Wykorzystując elementy horroru zmienili wydarzenia całkowicie. Twórcy nie znają granic, czerpią garściami z Biblii, historii i kultury USA. Bogactwo zapożyczeń i inspiracji wpasowane jest tutaj w akcję. Nie wahają się  zmieszać lub ulepszyć wydarzenia, nadając im oryginalny rys. To nie wszystko: serial jest mieszanką elementów horroru, współczesnej komedii i serialu kostiumowego. Romantyczny klimat filmu pełnometrażowego tutaj nie istnieje. Atmosfera burzy i naporu przegnana została przez zombi. Skutecznie twórcy okrasili go dowcipem,  można powiedzieć, że blisko mu do  mrocznego stylu kina Tima Burtona, ale pozbawiony został „baśniowego charakteru”. Serial posiada  dozę autoparodii,  dystansu do tematu i formy jaką podejmuje. To chyba jest największą siłą serialu. Postacie pomimo często drewnianej postawy i dialogów, mają poczucie humoru. Jest strasznie, ale i śmiesznie.

Elementów wspólnych z pierwowzorem próżno szukać na ekranie. W odróżnieniu od książki w serialu Ichabod, żołnierz korony brytyjskiej poznaje i zakochuje się w Katarinie van Tassel, córce, która jest czarownicą.  Ich miłość nawiedza przyjaciel Crana – który przechodzi na ciemną stronę mocy – okazuje się być jeźdźcem bez głowy.  I teraz zaczyna się cała zabawa: Ichabod Crane poplecznik Abrahama Lincolna walczy z  Wielkoludem sługusem Moloka,  obydwoje giną na polu wali, ich krew łączy się. Po 250 latach bezgłowy jeździec zostaje wskrzeszony, a z nim brat z jego krwi-Crane.   Bohaterowie przenoszą się w czasy współczesne. Crane spotyka policjantkę- Afroamerykankę , która staje się jego towarzyszem broni. Razem próbują rozwikłać dziwne wydarzenia w miasteczku. Niewyjaśnione morderstwa, satanistyczne znaki oraz siły nadprzyrodzone sieją zamęt . Tutaj Beniamin Franklin- mason- tworzy własnego Frankensteina, żołnierza mogącego poskromić bezgłowego jeźdźca. W szpitalu psychiatrycznym grasuje oszalała matka, która zna odpowiedź na najtrudniejsze pytania. Czarownica to podwójny agent, który dybie na swojego ukochanego.

Atrakcyjności dodaje tempo opowiadanej historii, jest tajemnica, jest, akcja jak i stosowne napięcie. Fani legend miejskich będą uradowani. W filmie roi się od intertekstualnych nawiązań, przemieszania gatunków oraz parodii i pastiszu. Poziom połączenia wszystkich elementów serialu zaskakuje. Pozytywnie zaskakuje, brakuje tutaj tylko gadającego węża, karła no i  bo elementy wschodu są.

Zdecydowanie serial dla tych wszystkich widzów, którzy lubią rozwiązywanie zagadek, horrory i czary. Dystans do filmu i poczucie humoru wymagane, inaczej może znudzić i oburzyć!

 

6/10

Reklamy

Prawdziwa historia rodu Borgiów – Czyli rzecz o byciu Cezarem- Gościnny tekst Aleksandry Olszewskiej

Ostatnimi czasy mogliśmy oglądać w telewizji serial o rodzinie Borgiów. Cieszy fakt, że kinematografia europejska sięga po tematy i rodziny związane bezpośrednio z jej własną historią i tradycją. Jednak nie był to jedyny serial opowiadający dzieje tej katalońskiej rodziny. Mniej więcej w podobnym czasie szła wersja amerykańska z Jeremy’m Irons’em jako Aleksandrem VI. Niestety, nie dorównuje ona jakości produkcji europejskiej. I nie jest to kwestia optyki historycznej, przedstawienia faktów, ale podejścia do tematu. Nie ujmując nic aktorom zza oceanu, jednak znacząca większość z nich nie sprawdza się w produkcjach o tematyce stricte związanych z historią Europy. I nie chodzi tu o brak talentu czy brak umiejętności aktorskich, ale bardziej prozaiczną cechę jaką jest fizjonomia twarzy. W amerykańskich filmach zwłaszcza w tych o tematyce królewskiej wszyscy aktorzy są do siebie podobni. Są identycznie piękni, wysocy, smukli, mają taki sam odcień karnacji skóry, mają te same śnieżnobiałe zęby, te same długie i lśniące włosy, te same pociągłe twarze W efekcie aktorzy niczym się od siebie nie różnią. I często zdarza się, że mimo ciekawej treści, film, pod względem obrazu, jest po prostu monotonny.

W europejskich produkcjach panuje o wiele większa różnorodność, zwłaszcza w przypadku Prawdziwej historii rodu Borgiów. Albowiem znacząca większość aktorów grających w tym serialu pochodzi z różnych państw Europy (oprócz roli Aleksandra VI, którego gra Amerykanin John Doman). W efekcie powstał niezwykły serial o równie niezwykłej rodzinie. Za wersję europejską wyprodukowaną w koprodukcji przez Canal + odpowiedzialny był Tom Fontana. To on tchnął w historię rodziny Borgiów ducha epoki i to coś, co zapada głęboko w pamięć. Resztę zrobili aktorzy, kostiumy, zdjęcia, muzyka. W jego opowieści wszystko jest głębsze, bardziej intensywne, ciemniejsze, mroczne i przerażająco okrutne: odczucia, pożądanie, pasja życia i śmierci, sceny tortur. To nie jest renesans jaki znamy ze szkół, ale samo życie z nieubłaganą Koniecznością, które wynosi do góry tych, którzy są na to gotowi i miażdży tych, których na to nie stać. Tutaj każda scena wbija w fotel. Sceny tortur przerażają swoim naturalizmem i okrucieństwem, zaś kolejne ujęcia odbywającego się w 1492 roku konklawe rozbijają w pył wyobrażenia na temat tego, jak w istocie przebiega wybór nowego papieża. Szokująca jest prawda, która kryje się za stwierdzeniem: habemus papam!

            Prawdziwa historia rodu Borgiów (ang. Borgia) to coś więcej niż kolejna historia rodziny królewskiej i coś więcej niż kolejny serial kostiumowy. To historia rodziny papieża Aleksandra VI i jego najbliższych. Intrygi, bezkompromisowa walka o władzę, miłość, zazdrość, religia, wojna – to zaledwie skąpy wycinek krajobrazu w jakim przyszło im żyć. Historia tej rodziny rozpoczyna się w 1492 roku wraz ze śmiercią papieża Innocentego VIII i przypada na czas renesansu włoskiego. Mówiąc renesans włoski w naturalny sposób przychodzą na myśl takie pojęcia i nazwiska jak: Leonardo da Vinci, Michał Anioł, Rafael Santi, Machiavelli, rozkwit sztuk, malarstwo, rzeźba, klasycyzm, humanizm. Wszystkie te pojęcia, o których uczyliśmy się w szkole, na studiach. I wszystko się zgadza, poza tym, że się nic nie zgadza. Albowiem Borgia przedstawia renesans włoski z zupełnie innej strony. Oczywiście, kolejne odcinki wprowadzają na scenę znane nam pojęcia i nazwiska, ale równocześnie obok nich wprowadzają zupełnie inne, przeciwstawne im. Pojawiają się gwałty, morze krwi, wojny, masakry ludności, grabież, poćwiartowane ciała, walka o władzę. Te dwie strony: jasna i ciemna stanowią stały motyw tego serialu. Żadna postać, żadne wydarzenie, które zaistniało w czasie panowania rodziny Borgiów nie jest wolne od tej ambiwalencji kolorystycznej. Dzięki temu trudno o jednoznaczną ocenę, a wszyscy bohaterowie pojawiający się w serialu są równie daleko od dobra, jak i od zła. Taką dwuznaczną postacią jest również Cesare Borgia.

Historia powszechna niechętnie o nim mówi, a jeśli już wspomina jego osobę, to głównie w kontekście negatywnym. Przedstawia się go jako tyrana, wyrachowanego władcę i mordercę. Nieliczni wiedzą kim był, co chciał osiągnąć, do jakiego celu dążył. Za życia krążyły o nim legendy. Mówiło się o nim, że miał oblicze Chrystusa i oczy szatana. Portrety Cesare, które przetrwały do naszych czasów niewiele mówią o jego charakterze. Na szczęście serial wypełnia tę lukę i przedstawia Cesare w pełnym świetle jego charakteru. W rolę tej arcyciekawej postaci wcielił się Mark Ryder. To pierwsza jego tak znacząca rola i śmiem twierdzić, że nie ostatnia. Młody wiek tego aktora idealnie współgra z postacią, którą gra. Dzięki niemu Cesare zyskał wymiar cielesny i duchowy.

A jaki był Cesare? W pierwszym sezonie to zaledwie syn i brat. Stłamszony przez dominującego ojca i faworyzowanego przezeń brata Juana (Stanley Weber). Nie jest nawet cieniem własnej postaci, aczkolwiek pojawiają się pewne zalążki jego przyszłej wielkości. Z trudem znosi sprzeciw, bywa porywczy, gniewny i mściwy. Nie zapomina krzywd i upokorzeń. Kocha swoją rodzinę i zrobi wszystko, aby zasłużyć na miłość i szacunek Ojca. Jest jeszcze wierzący, gotów poświęcić własnego synka dla wyższych celów. Na początku pontyfikatu swego ojca jest posłuszny jego woli. Zmuszony do bycia kardynałem dusi się, próbując nagiąć swoją prawdziwą naturę. Niepewny co do swej przyszłości, szuka swego miejsca w świecie.

Drugi sezon to kolejne wcielenia. Po śmierci Juana Cesare Borgia rozwija skrzydła. Za zgodą Ojca zrzuca kardynalski kapelusz i zaczyna oddychać. Zostaje żołnierzem. Rozgrywa bitwy, odnosi pierwsze zwycięstwa. Staje na czele armii papieskiej, ma posłuch u żołnierzy. We Francji szkoli armię króla Ludwika Orleańskiego (Joseph Beattie). Objawia się jego talent wojskowy i polityczny. Jest świetnym strategiem i politykiem. We Francji poznaje także swoją przyszłą żonę. Poznajemy go w roli kochanka, męża. W Rzymie dalej jest synem, kochającym i wspierającym bratem, szwagrem, ale także oddanym przyjacielem. Jednak coraz bardziej uwydatnia się jego żądza panowania i żelazna wola. Powoli, acz nieubłaganie wyzwala się z więzów, które do tej pory go krępowały. W tym wszystkim jest także admiratorem sztuki, chce zbudować miasto, które byłoby oazą dla sztuki i nauki. Jednocześnie zaś odrzuca religię i przestaje wierzyć w Boga. Celem jego wiary powoli staje się on sam. Dojrzewa do swojej życiowej roli jaką jest „bycie Cezarem”.

Trzeci sezon to Cesare w pełnym blasku. Odrzuciwszy wszystkie krępujące go więzy przyjmuje na siebie swoją życiową rolę. Jego postać w wojskowej zbroi lśni i onieśmiela. Dąży do zjednoczenia Włoch i temu celowi podporządkowuje wszystkie działania. Wraz z Leonardo da Vinci (Paul Rhys) opracowuje strategie podboju kolejnych włoskich księstw. W przypadku oporu nie cofa się przed masakrą. Nie przebiera w środkach, by osiągnąć swój cel. Swoich wrogów eliminuje z artystyczną wręcz fantazją i dezynwolturą. Ze skór zabitych przez siebie wrogów tworzy spodnie. Aktorom, którzy wyśmiewają się z jego działań, wyrywa serca. Dla przeciwników i zdrajców nie ma litości. Jako władca jest hojny i dobroduszny. Z przenikliwością godną geniusza prowadzi pertraktacje polityczne. Jego umysł pracuje jasno i niezawodnie. Sława jego imienia jest tak wielka, że dociera do miast na długo przed jego przybyciem. Niestety, ta jaśniejąca gwiazda gaśnie bardzo szybko. Schwytany podstępem, nawet w niewoli nie traci hartu ducha. Będąc więźniem w hiszpańskiej twierdzy w La Manchy nie traci poczucia humoru, snuje plany uwolnienia i powrotu do Rzymu. Nie zrealizowawszy marzenia o zjednoczeniu Włoch, Cesare Borgia umiera samotnie na polu walki w wieku 32 lat.

Na tym jednak nie kończy się historia Borgiów. Po obejrzeniu serialu trudno odróżnić osobę Marka Rydera od osoby Cesare Borgii. Ta postać stapia się i ewoluuje wraz z nim. Mark Ryder mężnieje z sezonu na sezon uwydatniając najlepsze i najgorsze cechy swojego Borgii. Irlandzki aktor dał Cesare Borgii swoje ciało, swoje emocje i swoją krew. Jego twarz jest niezwykle plastyczna. Dzięki niej wydobywa całą paletę emocji, uczuć, namiętności, pasji jakimi żył Cesare. Jego niebieskie oczy patrzące z ekranu przeszywają niczym strzała. Cesare Borgia w jego wykonaniu to prawdziwy majstersztyk. Oglądając go na ekranie trudno nie oprzeć się wrażeniu, że tak właśnie wyglądał i postępował prawdziwy Cesare Borgia. Ryder dzięki swej grze stworzył charakter człowieka z krwi i kości, o którym trudno zapomnieć i jeszcze trudniej jednoznacznie ocenić. Potępić czy chwalić? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jest to łatwiejsze w przypadku aktora, który odtwarzał jego postać, gdyż wywiązał się ze swojego zadania znakomicie.

Czy da się odpowiedzieć na pytanie: jaki był Cesare Borgia? Niech za odpowiedź służą słowa wypowiedziane przez innego geniusza tamtej epoki Leonardo da Vinci, które padły w rozmowie z Niccolo Machiavellim (Thibaut Evrard):

„Cesare jest niezwykle bystry. Wykazuje rzadko spotykaną inteligencję. A przy tym jest hojny. Finansuje moje doświadczenia. Kupuje wszystkie księgi, narzędzia, których potrzebuję. Przebywać z nim to wielka przyjemność. Nie ma żadnych uprzedzeń w sprawie apetytów cielesnych. Fascynują go ludzie wyjątkowi. Mamy podobne poglądy na życie, sztukę, politykę, miernotę i ponurych kanclerzy. Uczyni wszystko, by zniszczyć wroga i wesprzeć przyjaciela.”

Nawet jeśli te słowa nie padły w rzeczywistości i są tworem twórcy serialu, warto pamiętać, że Cesare Borgia to nie tylko postać, ale przede wszystkim Człowiek. Człowiek wpisany w nieśmiertelny cykl życia, a Prawdziwa Historia rodu Borgiów to nie opowieść o zwykłej rodzinie, ale opowieść o rodzinie, która zmieniła bieg Historii. 363 lata po śmierci Cesare ziściło się marzenie Borgiów. Italia została zjednoczona.

Yes Meni idą na rewolucję – Dzisiejsi superbohaterowie

W powszechnie panującej korupcji politycznej, nadmiernej konsumpcji, korporacyjnej gospodarce pojawiają się Yes Meni. Dwójka amerykańskich przyjaciół, którzy chcą naprawić świat. Tak, tak, naprawić świat jakby naiwnie to nie brzmiało, tych dwóch wkłada w zębatki metalowy pręt i na sekundę lub dwie zatrzymuje zwariowaną machinę. Andy Bilchbaum i Mike Bonanno od dwudziestu lat uprawiają culture jamming, czyli prowokacje kulturowe. Za cel obierają sobie wielkie korporacje, lobbystów, czy  skorumpowaną klasę polityczną. Nadużywają wiarygodności oraz status quo tych instytucji. Jak sami mówią, ich rodziny pochodzące z totalitarnej wtedy Europy, doświadczone życiem pod nadzorem i terrorem nauczyły synów kwestionować autorytety i patrzeć establishmentowi na ręce. Dlatego, Yes Mani na szeroką skalę podejmują się działań kontrowersyjnych, często balansując na granicy prawa, zmuszając uprzywilejowane grupy do działania. W swych działaniach poza prowokacją używają nowych mediów, tworzą fałszywe strony internetowe, nagrywają konferencje ze swoim udziałem i wypowiadają nieprawdziwe oświadczenia. Ich stanowisko w poruszanych sprawach często jest sprzeczne z polityką danej firmy.

Do tej pory pojawiły się dwa filmy: „Yes Mani” i Yes Mani naprawiają światnajbardziej znanym żartem jest podanie się za pracownika firmy The Dow Chemical Company i przyznanie się w rozmowie na antenie  BBC, do całkowitej odpowiedzialności za doprowadzeni do skażenie chemiczne w mieście Bhopal. Złożenie obietnicy wypłacenia poszkodowanym pracownikom  12 bilionów dolarów wprawiło w osłupienie dziennikarza przeprowadzającego wywiad. Firma The Dow Chemical Company szybko zareagowała sprostowaniem, ale za to sfingowane oświadczenie koncern zapłacił 3% spadkiem na giełdzie papierów wartościowych.

W trzecim filmie Yes Mani idą na rewolucję alterglobaliści przedstawiają swoje kolejne perypetie. Tym razem zwiększyli swój zasięg i cel. Na ofiarę swoich działań obrali Izbę Handlową – Chamber of Commerces”. Jak zawsze, jeden z nich podszył się pod reprezentanta tej instytucji i zwołał konferencję prasową, w której chciał przedstawić zmianę stanowiska w sprawie polityki węglowej i olejowej. Oświadczenie wiązało w sobie zerwanie z   źródłami energetycznymi bazującymi na paliwach kopalnych i rozpoczęcie korzystania z odnawialnych źródeł energii. Niestety, konferencja została przerwana przez prawdziwego przedstawiciela Izby Handlowej. Na sali, pomimo powszechnej konsternacji, nie uwierzono jego zarzutom. W akcie desperacji demaskator próbował wylegitymować impostora, co skończyło się absurdalnie. Poruszenie, jakie powstało, doprowadziło tę akcję do celu. Wprowadziło zamieszanie wśród zainteresowanych na sali i informacja została przechwycona przez stacje telewizyjne, zwracając tym samym uwagę na problemy ignorowane przez polityków.  Zanieczyszczenie środowiska w tym dokumencie zajmuje główny przedmiot zainteresowania. Rozpowszechniony przemysł potrzebujący do eksploatacji miejsca, jak i zasobów mineralnych wymyka się spod kontroli -koncern Shell i spowodowane przez niego skażenie naturalnego środowiska w Kanadzie. Poza akcjami antyglobalistycznymi w nowym filmie Yes Manów pojawia się wątek autobiograficzny i sentymentalny. Lekko różni się tym od poprzednich produkcji, ale nadal jest żartobliwy, odważny i inteligentny.

Działalność Yes Manów można analizować na wiele sposobów.  Ja jako ortodoksyjny kinoman, dopatruję się postaciach współczesnych superbohaterów. Tych dwoje tak samo, jak Batman, Hulk czy Iron Man posiadają odpowiednie atrybuty, by tę tezę podtrzymać. Oboje są ludźmi z tłumu, potomkami emigrantów, zajmujących się na co dzień własną pracą, rodziną, życiem. Do działań Yes Manów przebierają się w stosowny kostium, w tym przypadku garnitur. Często podają fałszywą tożsamość oraz mają własną superbroń dzięki, której mogą zniszczyć każdego przeciwnika. No właśnie, czarny charakter też jest obecny. Kto dziś nie boi się kapitalistycznej elity ;) We wszystkich działaniach towarzyszą im mass media, relacjonując, komentując ich wybryki. Najbardziej interesujące wydaje się jednak przeniesienie tych super postaci z rodzaju filmowego. Przemieszczenie się z fabuły do dokumentu przypieczętowuje współczesny charakter tej produkcji. Kiedy społeczeństwo przegnało Batmana i spółkę za ich złe uczynki, kiedy superbohaterowie muszą jednoczyć się w grupie, by mieć większe szansę pokonania oprawców, pojawiają się Yes Mani. Brakuje jeszcze tylko odpowiedniego hasła czy znaku, który przywoła w najtrudniejszej sytuacji  tych współczesnych wybawicieli.

7/10

3 virale sci-fi, których warto wypatrywać na ekranie.

Sci-fi ma swoje 15 minut. Odkąd w latach siedemdziesiątych Gwiezdne Wojny zarobiły okrągłą sumkę 307 mln, nowe światło zostało rzucone na ten gatunek. Opera kosmiczna wychowuje po dziś dzień kolejne pokolenia fanów. Obecnie jest to jeden z bardziej popularnych gatunków filmowych, nie tylko ze względu na wizualną atrakcyjność, ale dlatego, że nadal potrafi zadawać pytania na temat ludzkiej kondycji.  Blade Runner, Planeta Małp, Obcy, to  współcześnie najbardziej znane filmy fantastyczno naukowe. Połączenie nauki oraz wyobraźni dało ogromne możliwościowi  interpretacji zjawisk, a  także przyszłości. Tam, gdzie nauka kończy się,  wizje światów rozświetlają nowe możliwości. Wyżej wymienione oryginały, które dzięki ciekawym i bogatym wątkom fabularnym są skarbnicą pomysłów dla kolejnych pokoleń. Obrośnięte w kulturową fascynację stają się świetnym zbiorem pomysłów dla wypalonych studiów filmowych. Dlatego nie ma co dziwić się, że sięgają oni po te utwory filmowe. Problem w tym, że nie można wiecznie wykorzystywać tych samych rozwiązań. Niestety, pomimo boomu sci fi, ciężko znaleźć produkcję posiadającą potencjał filmu kultowego. A szkoda, bo współcześnie są warunki do tworzenia filmów z tego gatunku. Powszechna możliwość wykorzystania efektów specjalnych to przewaga w produkcji i realizacji, która pozwala stworzyć najdziwniejsze, najbardziej oryginalne pejzaże współczesności. Pracownicy amerykańskich filmowych korporacji wiedzą (oby wiedzieli) o tym i szukają świeżych, współczesnych pomysłów na filmy. Dlatego, kiedy producenci zajrzeli na vimeo, wyciągnęli pomysł z elektronicznego kapelusza. W jednym miesiącu, aż trzy filmy zostały zaadaptowane do pełnego metrażu mowa tutaj o Lewiatanie, Controller i Sundays I choć każda z tych propozycji filmowych pewnie nie dorówna oryginalnością ” Dystryktowi 9″ i nadal czerpie z kanonu  sci fi, to warto mieć je na uwadze. Na pierwszy ogień idzie moloch 20 th Century Fox i Lewiatan”. Spot został wyprodukowany z dofinansowaniem Irlandzkiego Instytutu Filmowego, a później umieszczony na vimeo. Zwrócił uwagę najpierw zespołu tej platformy, a później studia filmowego. Fabuła będzie opierać się na wizji świata, w którym nie ma już co odkrywać. Na tyle, o ile rozwój technologiczny mógł odkryć wszechświat, na tyle jest on ludziom znajomy. Podróżowanie z prędkością światła jest powszechne. Paliwo potrzebne do przemierzania przestrzeni jest pozyskiwane ze stworów à la wieloryb- w filmie zwany Lewiatanem. Do wytwarzania jej potrzebna jest oczywiście siła robocza, która jest nadmiernie wykorzystywana i powoli zaczyna się buntować . Producentem wykonawczym będzie Simon Kinberg (X-Men: Days of Future Past, Star Wars Rebels) i Neil Bloomkamp, a za kamerą stanie autor teasera Ruairi Robinson.

„Sundays”  i  Warner Bros. Viral kosztował $51,000 i został zrealizowany przy pomocy crowdsurfingu. Dość enigmatyczna fabuła w spocie (w której pobrzmiewa echo matrixa) może zostać rozwinięta w innym kierunku, niż sugerują twórcy.

Ostatni viral autorstwa irańsko-amerykańskiego twórcy skupia się na świecie pod kontrolą.  Miłość jest jedyną wartością, którą nie podlega wpływom. Dla miłości jesteśmy w stanie czynić dobro jak i największe zło.

Jest więc na co czekać, o ile nie są to słomiane propozycję. Dobrze, że producenci zwracają uwagę na promocyjne filmy i biorą pod uwagę możliwość ich zrealizowania. Stanowczo za dużo w kinie hollywoodzkim oklepanych rozwiązań i zastoju. Pomysły są, teraz można wyczekiwać na urzeczywistnienie ich. Oby wykonawczym producentom i kierownikom z filmowych korpo nie przyszło do głowy, by więcej kasy wydać na promocję niż na same filmy. Nie ma nic gorszego niż rozczarowanie filmem, na który czekało się.

*/ Oryginalne zdjęcie Donnie Nunley  Licencja CC.

My Brooklyn – Przejęcie dzielnicy przez deweloperów.

Brooklyn, dzielnica Nowego Yorku, tło dla akcji wielu filmów, które zna większość kinomanów. Niezapomniane ujęcie bawiących się dzieci w czasie upału w filmie Sergio Leone Dawno temu w Ameryce, sceny pościgu przez brooklyńskie ulice we Francuskim łączniku, dzielnica tętniąca życiem kultury afro amerykanów w filmach Spika Lee. Najbardziej bogata i kulturowo zróżnicowana część NY, tym razem pojawia się w filmie My Brooklyn – Mój Brooklyn”. Kolejny raz staje się bohaterem filmu, tym razem jako przedmiot gentryfikacji widziany oczyma mieszkańca. Film dokumentalny autorstwa Kelly Anderson opowiada o dynamicznych zmianach dzielnicy Brooklyn. Pod wpływem nacisku deweloperów oraz liberalnej polityki burmistrza miasta NY zostaje zatwierdzony nowy plan urbanistyczny. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie drastyczne tempo działań oraz dyskryminacja mniej zamożnych warstw społecznych. Historia filmowa dzielnicy koncentruje się wokół przemian centrum handlowego Fullton Mall”. Pasek ulicy skupiający w sobie kwintesencje gentryfikacji na tle ekonomicznym i społecznym. Ulice wokół tego samego centrum mieściły średnich i małych przedsiębiorców: swoje miejsce przez 20 lat mieli tam fryzjerzy, restauratorzy, księgarnie, a także uliczni sprzedawcy. Życie toczyło się własnym torem, napędzanym przez mieszkańców, którzy tworzyli własny, oryginalny krajobraz urbanistyczny. To centrum handlowe to również trzeci najbardziej dochodowy obszar NY przyciągający około 100 tysięcy ludzi dziennie. Można by zapytać: ale w sumie to o co chodzi mieszkańcom ? Nowe budynki, nowe czynsze, nowi klienci, kto by takich zmian nie chciał? Pewnie większość, gdyby nie negatywne skutki tych działań. Gentryfikacja to nagłe działania, niszczące ekonomiczną niezależność mieszkańców (mowa tutaj nie o najbiedniejszych, patologicznej warstwie społeczeństwa), ale o mieszkańcach prowadzących własny biznes, czy szerzej pojętej klasy pracującej”. Zmiany, jakim podlega ich życie, często skazuje ich na niepowodzenie i pogłębianie stopnia przepaści finansowej, spychając tych samym w obszar uzależnienia od społecznych świadczeń państwowych. Lokalna społeczność również zostaje zniszczona, więzy, które zbudowali mieszkańcy, pozwalają nie tylko na różnorodność, z której sami mieszkańcy czerpią, ale również gwarantuje samodzielność oraz przeciwdziałanie patologii i przemocy. Co dziwnego jest tym, że ludzie przenoszą się do nowych dzielnic, że budynki niszczeją, wykupują je zamożni deweloperzy i stawiają? Czy to nie biznesowa okazja, przejaw przedsiębiorczości? W przypadku Brooklynu gentryfikacja to nie okazja do zarobienia, to przyznanie zielonego światła dla inwestorów, nie mieszkańców. To także problem dyskryminacji rasowej i etnicznej oraz wykazanie braku porozumienia między mieszkańcami miasta NY. Miasto się zmienia, nowi mieszkańcy pojawiają się, przynoszą własną kulturę, ten proces odbywa się swobodnie. W przypadku gentryfikacji tej części miasta mieszkańcom i przedsiębiorcom nie została zaproponowana żadna alternatywa ani mieszkaniowa, ani finansowa. Przykład pani ze sklepem peruk, która dzięki biznesowi utrzymuje i opłaca proces kształcenia dwóch synów za granicą. Nie chodzi o uniemożliwianie rozwijania biznesów czy wzbogaceniu, ale raczej o zawłaszczanie atrakcyjnych miejsc przez elity kapitalistyczne, w tym przypadku: korporacje w połączeniu z administracją państwową. Takie społeczne odizolowanie, pozbawione poczucia samostanowienia w przypadku Brooklynu pokazuje jak efekt gentryfikacji może dotyczyć innych dzielnic, innych miast.

Film może nie jest atrakcyjny wizualnie, wyestetyzowany, utrzymany w tonie kreatywnego dokumentu, z szerokimi ujęciami, ale jest to film z interesującym tematem, który u nas w Polsce dopiero się pojawia.

 

*/ oryginalne zdjęcie Roman Königshofer Licencja CC
*/trailer po angielsku

„Now You See Me” – „Iluzja” – Gościnny tekst Aleksandry Olszewskiej

Tajemne stowarzyszenie Oko zbiera pod swe skrzydła najbardziej utalentowanych iluzjonistów w swym fachu i powierza im tajemniczą misję. O grupie staje się głośno po przedstawieniu, podczas którego dokonują napadu na bank znajdujący się na innym kontynencie, a miliony przelewają na konta ludzi obecnych na widowni. Tropem grupy zaczyna podążać agent FBI przekonany, że za ich działaniem kryje się coś więcej oraz telewizyjny demaskator sztuczek magicznych.

Motyw iluzji magicznej jest znany i wykorzystywany w kinematografii od dawna. Nic dziwnego, rzeczywistość nie jest różowa, życie nie zawsze kolorowe, a magiczne sztuczki pozwalają oderwać się od codziennego życia, stresu, problemów. Nie inaczej jest w filmie Now you see me, choć w tym przypadku iluzja nie tyle służy zabawie, ile uświadomieniu odbiorcy jak bardzo wpływa ona na nasze życie i jak dalece jesteśmy od niej uzależnieni. Ale od początku. Sukces tego filmu to niewątpliwie zasługa kilku czynników.

  • Gra aktorska. Zdarza się, że odpowiednio zagrana rola może uratować film od kompletnej katastrofy. Cóż jednak powiedzieć o sytuacji, gdy aktor odtwarza swoją postać, w taki sposób, jakby nią faktycznie był? W Iluzji mamy do czynienia z tym drugim rozwiązaniem. Aktorzy na potrzeby swoich ról wyuczyli się podstaw sztuki magicznej. Spora w tym zasługa Kwonga, który podczas kręcenia filmu nieustannie służył swoją radą i wiedzą. I tak Jesse Eisenberg, filmowy J. Daniel Atlas nauczył się sztuczek z kartami, Isla Fisher (Henley Reeves) dowiedziała się w jaki sposób utrzymywać długo oddech pod wodą, Woody Harrelson (filmowy Merritt McKinney) przyswoił sobie podstawy hipnozy, zaś Dave Franco (Jack Wilder) wyćwiczył rzucanie kartami do perfekcji, co okazało się bardzo przydatne w scenie walki z granym przez Marka Ruffalo agentem FBI Dylanem Rhodesem. Dzięki temu oglądając film nie mamy żadnego poczucia dysonansu pomiędzy aktorem a jego postacią. Sceny przedstawiające magiczne iluzje wyglądają naturalnie, prawdziwie i przede wszystkim wiarygodnie.
  • A skoro mowa o sztuce magicznej, warto przy tej okazji wspomnieć o samym motywie oszustwa. Retor starożytnej Grecji Gorgiasz mawiał, że dobra sztuka to taka, w której oszukujący jest uczciwszy od nie oszukującego, a oszukany mądrzejszy od nie oszukanego. Albowiem sztuka wprowadza odbiorcę w stan iluzji, a ten, kto dokonuje tego przeniesienia w stan ułudy, jest sprawiedliwszy i bardziej uczciwy od tego, kto tego nie czyni. Podobnie jak odbiorca, który pozwala porwać się słowom czy iluzji magicznej, innymi słowy mówiąc pozwala wprowadzić się w stan złudzenia, jest mądrzejszy od tego, który nie poddaje się temu działaniu. I choć definicja ta tyczyła się utworu literackiego jakim była tragedia, to mimo upływu lat znajduje ona swoje odzwierciedlenie również w filmie, zwłaszcza w postaci, którą gra Morgan Freeman (Thaddeus Bradley). Jego postać to były iluzjonista, który w swoim programie telewizyjnym obnaża mechanizm sztuczek magicznych. To człowiek rozumu i logiki. Demaskuje iluzję magiczną, pokazuje na jakich zasadach ona działa; pokazuje, że nie ma żadnego świata „ponad”, żadnej magii, że w gruncie rzeczy iluzja magiczna jest tworem całkowicie racjonalnym i logicznym od początku do końca. Po jednym z występów Czterech Jeźdźców rusza ich tropem, by pokazać, co właściwie było i jest prawdziwym celem ich działania. Wydawać by się mogło, że byłego iluzjonistę, który zawodowo zajmuje się demaskowaniem iluzji, trudno będzie oszukać, a tymczasem to właśnie Bradley pada ofiarą tricku zastawionego przez grupę. Tak więc zgodnie z definicją ten, który nie poddał się iluzji, padł ofiarą pułapki, zaś Ci, którzy poddali się działaniu iluzji, wyszli z tego starcia wygrani.
  • Mając motyw oszustwa możemy sięgnąć po kontekst. Dwie sztuczki magiczne przedstawione w filmie mają swój pierwowzór w rzeczywistości. Chodzi oczywiście o Davida Copperfielda i jego koncepcję znikania i pojawiania się w innym miejscu oraz oswobodzenie się z kajdan przy pełnym zanurzeniu Houdiniego. Obie te sztuczki należą dzisiaj do kanonu sztuki magicznej. Przekształcone i użyte w filmie zyskują większy rozmach i napięcie z jakim się je ogląda.
  • Oglądając sztuki magiczne na srebrnym ekranie warto pamiętać, że magiczne iluzje to nie tylko spryt czy pewnego rodzaju zręczność, ale w dużej mierze technika XX i XXI wieku. Nie można zapominać, że za większością sztuczek magicznych stoją nowinki technologiczne, które umożliwiają, a w pewnych przypadkach, pogłębiają działanie iluzji. Nawet film, który jako sztuka, sam w sobie jest przedstawieniem pewnej iluzji, wykorzystuje zdobycze technologiczne, by pokazać coś, czego nie ma. De facto w Iluzji mamy do czynienia z podwójna iluzją. Po pierwsze iluzją sztuki filmowej, która przedstawia świat, którego nie ma. A po drugie z iluzją magiczną, która nadbudowuje się nad tym światem dając nam iluzję iluzji. Puszczone w ten sposób oko do widza uświadamia, że wszystko, co rozgrywa się na naszych oczach, to tylko gra.

            Iluzja to dobre kino akcji. Co je wyróżnia spośród innych komercyjnych filmów to przede wszystkim zgodne połączenie fabuły, gry aktorskiej i zdjęć. W efekcie otrzymujemy film, który przez całe 115 minut trzyma w napięciu. Dobre kino akcji to nie wszystko w przypadku tego filmu. Iluzja pokazuje jak niewiele wiemy o rzeczywistości i jak niewiele chcemy o niej wiedzieć. Pokazuje, że ludzie oraz rzeczy nie są takie, jakie widzimy je na co dzień. Przesłanie jakie nasuwa się po obejrzeniu tego filmu potwierdza słynną już dewizę Fryderyka Nietzschego, że iluzja potrzebna jest człowiekowi do życia. Służy za środek do kształtowania rzeczywistości. Sztuka filmowa, która z zasady opiera się na tworzeniu iluzji, jest czymś co w jakimś stopniu taką ludzką potrzebę zaspokaja. „Iluzja” wykorzystuje ten motyw, ale idzie o krok dalej. Pokazuje, że magia, tudzież tytułowa iluzja pozwalają widzieć rzeczywistość nie taką jaka ona jest, ale taką, jaką chcielibyśmy, aby była.

 

Nieopowiedziana historia Stanów Zjednoczonych Ameryki – Prawda ekranu

Nazwisko Olivera Stone kojarzy się głównie z filmami, które podejmują krytykę polityki Stanów Zjednoczonych. Już po samych tytułach widać krąg zainteresowań reżysera: wojna w Wietnamie, „Pluton”, „Urodzony Czwartego Lipca”, późniejszego politycznego profilu prezydenckiego „JFK”, „Nixon”, a także społeczeństwa amerykańskiego i fascynacji przemocą: „Urodzeni mordercy”, finansowym zapleczem i władzą : „Wall Street” , „Wall Street i forsa nie śpi”. Dotychczasowe spojrzenie na te wydarzenia historyczno-socjologiczno-polityczne zaskarbiły mu wierną publiczność i status wnikliwego krytyka. „Nieopowiedziana historia Stanów Zjednoczonych Ameryki” autorstwa Olivera Stone’a wydawałaby się gratka nie tylko dla miłośników historii, ale wszystkich widzów w najmniejszym stopniu zainteresowanych historią. Chwytliwy tytuł może sprawiać wrażenie, że wnosi do interpretacji historii i edukacji dużo nowych i do tej pory nieznanych faktów. Niestety, oznaczony jako dokument powinien zostać wzięty w nawias, ponieważ jest wiele elementów czysto filmowych, które wpływają na jego odbiór.

Ostatnie dwadzieścia lat historii Stanów Zjednoczonych poddawane są ciągłej krytyce w mediach, wojna w Iraku, kryzys gospodarczy, dalszy rozwój tego państwa itp. Nie da się zignorować faktu, że USA staje przed poważnymi wyzwaniami redefiniującymi kierunek działania i rozwoju. Krytyka uzasadniona, aczkolwiek, nowe spojrzenie na wydarzenia i przypomnienie faktów może podnieść ciśnienie krwi niejednemu skrajnie liberalnemu widzowi. Na samym początku pierwszego odcinka autor przypomina słowa Napoleona: „historia to sterta kłamstw, na którą zgodziliśmy się” i choć sam nie zgadza się z tym powiedzeniem, to jego serial mógłby być odebrany jako chęć naprostowania faktów i pokazania ich w nowym świetle. Celem serialu miał być bardziej świadomy, krytyczny wgląd w historię świata, co, moim zdaniem udało się twórcom, szkoda, że z efektem lekkiego historycznego (socjalistycznego) zniesmaczenia.

Serial został wyprodukowany przez stację Showtime składa się z 10 odcinków i stworzony został przez w/w reżysera oraz profesora historii Petera Kuznicka. Autorzy podejmują temat historii Stanów Zjednoczonych Ameryki po latach 1939 roku oraz jej wpływu na status quo powojennych lat i relacje z innymi państwami. Pierwszy odcinek rozpoczyna się od rządów Roosevelta i czasów II Wojny Światowej. Sam program „New Deal” nie jest szczegółowo przedstawiony, twórcy skupili się raczej na przeciwstawieniu działań Henriego. A Wallece’a.- początkowo Sekretarza Stanu w administracji Roosevelta, a potem Minister Rolnictwa- innym politykom. Wallece przedstawiony  jako człowiek progresywny, działający w duchu amerykańskiej przedsiębiorczości mógłby wydawać się dobrym kandydatem, który zastąpić ma Roosevelta. Niestety, jego kandydatura została pogrążona. Widząc zagrożenie ze strony Wallece’a, członkowie partii demokratycznej zostali przekupieni i w czasie prawyborów opuścili salę, tym samym blokując jego kandydaturę. Wallace został zastąpiony Henry S. Trumanem. Takich ciekawostek i kuluarowych rozgrywek politycznych jest więcej. Poddanie się Japonii bez użycia bomby atomowej, czy zawarcie paktu Ribbentrop-Mołotow jako wynik ignorancji próśb finansowych Rosji w latach 30-stych. Dla polskiego widza fakty i szczegóły amerykańskiej polityki często pozostają nieznane.

W serialu dużo miejsca poświęcone jest krytycznemu tonowi poczynań amerykańskiej władzy, szczególnie jej wpływ najpierw na państwa umieszczone za żelazną kurtyną, a także  współpracy z krajami azjatyckimi i Irakiem. Duża cześć serialu traktuje o relacjach radziecko/rosyjsko- amerykańskich. Działania USA oraz dyplomacja przeciwstawiane są Związkowi Radzieckiemu i państwom socjalistycznym. Nie da się ukryć ze serial krytykuje zachowanie amerykańskiej polityki zagranicznej i brak dyplomacji, tym samym uzależniając zachowanie stalinowskiej ZSRR od USA.

Nie znajdziemy tutaj gadających głów, większość zdjęć jest archiwalnych, posiłkujących się fragmentami z filmów fabularnych. Jestem przeciwniczką mieszania rodzajów filmowych -fabuła-dokument, szczególnie jeśli film przedstawia wydarzenia historyczne. Bohaterowie serialu, to  mniej popularne postacie z histori, superbohaterowie historii są pomijani.

Serial jest ciekawy, aczkolwiek wątek radziecki często wydaje się być utrzymany w tonie wyjaśniającym. Zdecydowanie polecam, ale tym osobom, które chcą spojrzeć na historię USA i powojennej rzeczywistości z innej strony. Dla tych wszystkich, którzy interesują się historią i potrafią krytycznie spojrzeć na dotychczasowe fakty. Dla mnie, serial jest ciekawy, ale zdecydowanie zachowuje dystans  do tego, co jest w nim zawarte.