Archiwa kategorii: Recenzje filmowe

Kingsman: Tajne służby – Kulturalny szpieg

Kingsmana – Tajne służby – brytyjski gentleman wskrzesił pamięć o kinie szpiegowskim, zawładnął kobiecymi sercami i rzucił rękawicę wszystkim męskim bohaterom. Nie ma się co dziwić, Wielka Brytania to dom dla tajnych agentów tych filmowych i literackich. Rozpoczynając od Iana Fleminga i Jamesa Bonda, a kończąc na dziełach filmowych czołowych reżyserów brytyjskich – Alfredzie Hitchcocku oraz Carolu Reedzie. Typ męski z klasą powraca do łask.

Fabuła filmu opowiada o perypetiach tajnych agentów. Gary „EggsyUnwin (Taron Egerton) zostaje zwerbowany do niezależnej organizacji wywiadowczej, ten inteligentny, aczkolwiek niepokorny młodzieniec jest szkolony przez Harrego Harta / Galahada (Colin Firth). W międzyczasie czarnoskóry właściciel koncernu nowych technologii Valentine (Samuel L Jackson) knuje plan zagłady ludzkości.

Reżyserem filmu jest Matthew Vaughn producent i reżyser znany ze współpracy z Guyem Ritche: Przekręt i Porachunki. Na szerokie wody wypłynął po realizacji KickAssa– historii o przeciętnych mieszkańcach, którzy oczyszczają miasto z oprychów. Warto wspomnieć jeszcze reżyserię Gwiezdnego pyłu – filmowa opowieść fantasy oraz X Manów. Jego twórczość chociaż eklektyczna, to traktuje element magiczny we wszystkich ekranizacjach. Pomysł na tradycyjną historię został zaczerpnięty z komiksu „Secret Service” autorstwa Marka Millara i Davea Gibbonsa. Publikacja stworzona nakładem amerykańskiego wydawnictwa Icon Comiks miała stanowić konkurencję dla obecnego modelu szpiega.

W Londynie mieści się podziemna organizacja, w jednej z tysiąca uliczek ma swój zakład męski krawiec, który zna się na szyciu garniturów i werbowaniu najlepszych brytyjskich szpiegów. Tutaj potomkowie okrągłego stołu bronią światowego bezpieczeństwa, tutaj jest miejsce dla kulturalnego tajnego agenta. Według twórców filmu, dobrego szpiega charakteryzują maniery „manners maketh man”, to one czynią z niego „człowieka”. Motto Winchester College według którego, kulturalne zachowanie wyraża szacunek do ludzi i podkreśla kwintesencje człowieczeństwa, sposób, w jaki traktujemy innych różni nas od zwierząt. Dla agenta te słowa to świętość. Kultura osobista nie jest zarezerwowana dla uprzywilejowanych, jak mówi główny bohater: nie ma znaczenia, w jakich okolicznościach urodziłeś się, gentlemanem się staje. Maniery to broń, nie słabość. Jeśli prośba nie pomaga, złoczyńcy muszą liczyć się z konsekwencjami, ale argument siły wytaczany jest w ostateczności. Brytyjski agent to nie mięczak, czy arystokrata nawołujący do prymatu wyższych sfer. Pracownik jej królewskiej mości, to człowiek skromny i unikający sławy. Zawsze ubrany w dobrze skrojony garnitur, dystyngowany, z klasą. Jak na prawdziwe kino szpiegowskie przystało, nie zabrakło tu atrybutów tego sub gatunku. Twórcy pomyśleli i o tym, by gadżety pomimo epokowego sentymentu naszpikowane były najnowszą technologią. Parasolki, skórzane buty, długopisy i czarne kajety posiadają śmiercionośną siłę. Wszystko to, co prawdziwy gentleman powinien mieć przy sobie podczas ratowania świata.

Atutem tego filmu akcji są sceny walki. Otwierająca scena została zrealizowana z wytycznymi filmów akcji lat 90, sprzężenie muzyki spoza kadru z akcją podnosi skutecznie ciśnienie krwi. Nie można też ująć niczego bójkom. Męski taniec dopieszczony jest w szczegółach, często wykorzystuje slow motion dla podniesienia efektu. Długa choreografia przemocy w kościele mogłaby zostać umieszczona z powodzeniem w każdym filmie Quentina Tarantino. Nie obce jest reżyserowi posiłkowanie się kinem klasy B, a także inspirację stylem w/w Guya Ritchie. Parodia i pastisz to broń reżysera. Brytyjczyk skutecznie wykorzystuje dziedzictwo kraju, który zrodził „Monty Pythona” i chowa twórców, którzy nie wahają się być kontrowersyjni. Dialogi wartkie, dowcipne i wyjątkowo niepoprawne polityczne. Scenarzyści nie oszczędził nikogo, narażają się każdemu, kto przyczynił się w historii świata do nadużywania władzy. Film trwa ponad dwie godziny i wydaje się, że elementy składowe są dobrze zbalansowane. Postacie są zróżnicowane z odpowiednim charakterystycznym usposobieniem dający możliwość utożsamiania się różnym grupom wiekowym. Adept szpiegostwa to inteligentny arogant uwikłany we współczesne problemy społeczne, jak bezrobocie, brak męskiego wzorca, mentor – doświadczony człowiek, który emocje trzyma na wodzy, targany wyrzutami sumienia, złoczyńca to skierowany ku współczesności technologiczny fascynat. Różnorodność i bogactwo motywacji jest na poziomie hollywoodzkim. Gra przychodzi lekko, zabawnie i z odpowiednią dozą dystansu. Widać, że reżyser sięgnął do tego, co znane i lubiane przez widzów.

Z łatwością można powiedzieć, że Kingsman: Tajne służby to rzetelne kino rozrywkowe, czerpiące garściami z kinematografii i kultury Wielkiej Brytanii. Dopracowany warsztat oraz ekspansywność filmu gwarantują satysfakcję nie jednemu widzowi. Tutaj dowcipne dialogi mieszają się z akcją i podane są na plastikowej tacy. Film został zrealizowany z wytycznymi hollywoodzkiego współczesnego kina, ale przystrojony fikuśnym brytyjskim kapeluszem. Polecany tym, którzy nie biorą filmów na poważnie.

Yes Meni idą na rewolucję – Dzisiejsi superbohaterowie

W powszechnie panującej korupcji politycznej, nadmiernej konsumpcji, korporacyjnej gospodarce pojawiają się Yes Meni. Dwójka amerykańskich przyjaciół, którzy chcą naprawić świat. Tak, tak, naprawić świat jakby naiwnie to nie brzmiało, tych dwóch wkłada w zębatki metalowy pręt i na sekundę lub dwie zatrzymuje zwariowaną machinę. Andy Bilchbaum i Mike Bonanno od dwudziestu lat uprawiają culture jamming, czyli prowokacje kulturowe. Za cel obierają sobie wielkie korporacje, lobbystów, czy  skorumpowaną klasę polityczną. Nadużywają wiarygodności oraz status quo tych instytucji. Jak sami mówią, ich rodziny pochodzące z totalitarnej wtedy Europy, doświadczone życiem pod nadzorem i terrorem nauczyły synów kwestionować autorytety i patrzeć establishmentowi na ręce. Dlatego, Yes Mani na szeroką skalę podejmują się działań kontrowersyjnych, często balansując na granicy prawa, zmuszając uprzywilejowane grupy do działania. W swych działaniach poza prowokacją używają nowych mediów, tworzą fałszywe strony internetowe, nagrywają konferencje ze swoim udziałem i wypowiadają nieprawdziwe oświadczenia. Ich stanowisko w poruszanych sprawach często jest sprzeczne z polityką danej firmy.

Do tej pory pojawiły się dwa filmy: „Yes Mani” i Yes Mani naprawiają światnajbardziej znanym żartem jest podanie się za pracownika firmy The Dow Chemical Company i przyznanie się w rozmowie na antenie  BBC, do całkowitej odpowiedzialności za doprowadzeni do skażenie chemiczne w mieście Bhopal. Złożenie obietnicy wypłacenia poszkodowanym pracownikom  12 bilionów dolarów wprawiło w osłupienie dziennikarza przeprowadzającego wywiad. Firma The Dow Chemical Company szybko zareagowała sprostowaniem, ale za to sfingowane oświadczenie koncern zapłacił 3% spadkiem na giełdzie papierów wartościowych.

W trzecim filmie Yes Mani idą na rewolucję alterglobaliści przedstawiają swoje kolejne perypetie. Tym razem zwiększyli swój zasięg i cel. Na ofiarę swoich działań obrali Izbę Handlową – Chamber of Commerces”. Jak zawsze, jeden z nich podszył się pod reprezentanta tej instytucji i zwołał konferencję prasową, w której chciał przedstawić zmianę stanowiska w sprawie polityki węglowej i olejowej. Oświadczenie wiązało w sobie zerwanie z   źródłami energetycznymi bazującymi na paliwach kopalnych i rozpoczęcie korzystania z odnawialnych źródeł energii. Niestety, konferencja została przerwana przez prawdziwego przedstawiciela Izby Handlowej. Na sali, pomimo powszechnej konsternacji, nie uwierzono jego zarzutom. W akcie desperacji demaskator próbował wylegitymować impostora, co skończyło się absurdalnie. Poruszenie, jakie powstało, doprowadziło tę akcję do celu. Wprowadziło zamieszanie wśród zainteresowanych na sali i informacja została przechwycona przez stacje telewizyjne, zwracając tym samym uwagę na problemy ignorowane przez polityków.  Zanieczyszczenie środowiska w tym dokumencie zajmuje główny przedmiot zainteresowania. Rozpowszechniony przemysł potrzebujący do eksploatacji miejsca, jak i zasobów mineralnych wymyka się spod kontroli -koncern Shell i spowodowane przez niego skażenie naturalnego środowiska w Kanadzie. Poza akcjami antyglobalistycznymi w nowym filmie Yes Manów pojawia się wątek autobiograficzny i sentymentalny. Lekko różni się tym od poprzednich produkcji, ale nadal jest żartobliwy, odważny i inteligentny.

Działalność Yes Manów można analizować na wiele sposobów.  Ja jako ortodoksyjny kinoman, dopatruję się postaciach współczesnych superbohaterów. Tych dwoje tak samo, jak Batman, Hulk czy Iron Man posiadają odpowiednie atrybuty, by tę tezę podtrzymać. Oboje są ludźmi z tłumu, potomkami emigrantów, zajmujących się na co dzień własną pracą, rodziną, życiem. Do działań Yes Manów przebierają się w stosowny kostium, w tym przypadku garnitur. Często podają fałszywą tożsamość oraz mają własną superbroń dzięki, której mogą zniszczyć każdego przeciwnika. No właśnie, czarny charakter też jest obecny. Kto dziś nie boi się kapitalistycznej elity ;) We wszystkich działaniach towarzyszą im mass media, relacjonując, komentując ich wybryki. Najbardziej interesujące wydaje się jednak przeniesienie tych super postaci z rodzaju filmowego. Przemieszczenie się z fabuły do dokumentu przypieczętowuje współczesny charakter tej produkcji. Kiedy społeczeństwo przegnało Batmana i spółkę za ich złe uczynki, kiedy superbohaterowie muszą jednoczyć się w grupie, by mieć większe szansę pokonania oprawców, pojawiają się Yes Mani. Brakuje jeszcze tylko odpowiedniego hasła czy znaku, który przywoła w najtrudniejszej sytuacji  tych współczesnych wybawicieli.

7/10

My Brooklyn – Przejęcie dzielnicy przez deweloperów.

Brooklyn, dzielnica Nowego Yorku, tło dla akcji wielu filmów, które zna większość kinomanów. Niezapomniane ujęcie bawiących się dzieci w czasie upału w filmie Sergio Leone Dawno temu w Ameryce, sceny pościgu przez brooklyńskie ulice we Francuskim łączniku, dzielnica tętniąca życiem kultury afro amerykanów w filmach Spika Lee. Najbardziej bogata i kulturowo zróżnicowana część NY, tym razem pojawia się w filmie My Brooklyn – Mój Brooklyn”. Kolejny raz staje się bohaterem filmu, tym razem jako przedmiot gentryfikacji widziany oczyma mieszkańca. Film dokumentalny autorstwa Kelly Anderson opowiada o dynamicznych zmianach dzielnicy Brooklyn. Pod wpływem nacisku deweloperów oraz liberalnej polityki burmistrza miasta NY zostaje zatwierdzony nowy plan urbanistyczny. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie drastyczne tempo działań oraz dyskryminacja mniej zamożnych warstw społecznych. Historia filmowa dzielnicy koncentruje się wokół przemian centrum handlowego Fullton Mall”. Pasek ulicy skupiający w sobie kwintesencje gentryfikacji na tle ekonomicznym i społecznym. Ulice wokół tego samego centrum mieściły średnich i małych przedsiębiorców: swoje miejsce przez 20 lat mieli tam fryzjerzy, restauratorzy, księgarnie, a także uliczni sprzedawcy. Życie toczyło się własnym torem, napędzanym przez mieszkańców, którzy tworzyli własny, oryginalny krajobraz urbanistyczny. To centrum handlowe to również trzeci najbardziej dochodowy obszar NY przyciągający około 100 tysięcy ludzi dziennie. Można by zapytać: ale w sumie to o co chodzi mieszkańcom ? Nowe budynki, nowe czynsze, nowi klienci, kto by takich zmian nie chciał? Pewnie większość, gdyby nie negatywne skutki tych działań. Gentryfikacja to nagłe działania, niszczące ekonomiczną niezależność mieszkańców (mowa tutaj nie o najbiedniejszych, patologicznej warstwie społeczeństwa), ale o mieszkańcach prowadzących własny biznes, czy szerzej pojętej klasy pracującej”. Zmiany, jakim podlega ich życie, często skazuje ich na niepowodzenie i pogłębianie stopnia przepaści finansowej, spychając tych samym w obszar uzależnienia od społecznych świadczeń państwowych. Lokalna społeczność również zostaje zniszczona, więzy, które zbudowali mieszkańcy, pozwalają nie tylko na różnorodność, z której sami mieszkańcy czerpią, ale również gwarantuje samodzielność oraz przeciwdziałanie patologii i przemocy. Co dziwnego jest tym, że ludzie przenoszą się do nowych dzielnic, że budynki niszczeją, wykupują je zamożni deweloperzy i stawiają? Czy to nie biznesowa okazja, przejaw przedsiębiorczości? W przypadku Brooklynu gentryfikacja to nie okazja do zarobienia, to przyznanie zielonego światła dla inwestorów, nie mieszkańców. To także problem dyskryminacji rasowej i etnicznej oraz wykazanie braku porozumienia między mieszkańcami miasta NY. Miasto się zmienia, nowi mieszkańcy pojawiają się, przynoszą własną kulturę, ten proces odbywa się swobodnie. W przypadku gentryfikacji tej części miasta mieszkańcom i przedsiębiorcom nie została zaproponowana żadna alternatywa ani mieszkaniowa, ani finansowa. Przykład pani ze sklepem peruk, która dzięki biznesowi utrzymuje i opłaca proces kształcenia dwóch synów za granicą. Nie chodzi o uniemożliwianie rozwijania biznesów czy wzbogaceniu, ale raczej o zawłaszczanie atrakcyjnych miejsc przez elity kapitalistyczne, w tym przypadku: korporacje w połączeniu z administracją państwową. Takie społeczne odizolowanie, pozbawione poczucia samostanowienia w przypadku Brooklynu pokazuje jak efekt gentryfikacji może dotyczyć innych dzielnic, innych miast.

Film może nie jest atrakcyjny wizualnie, wyestetyzowany, utrzymany w tonie kreatywnego dokumentu, z szerokimi ujęciami, ale jest to film z interesującym tematem, który u nas w Polsce dopiero się pojawia.

 

*/ oryginalne zdjęcie Roman Königshofer Licencja CC
*/trailer po angielsku

„Now You See Me” – „Iluzja” – Gościnny tekst Aleksandry Olszewskiej

Tajemne stowarzyszenie Oko zbiera pod swe skrzydła najbardziej utalentowanych iluzjonistów w swym fachu i powierza im tajemniczą misję. O grupie staje się głośno po przedstawieniu, podczas którego dokonują napadu na bank znajdujący się na innym kontynencie, a miliony przelewają na konta ludzi obecnych na widowni. Tropem grupy zaczyna podążać agent FBI przekonany, że za ich działaniem kryje się coś więcej oraz telewizyjny demaskator sztuczek magicznych.

Motyw iluzji magicznej jest znany i wykorzystywany w kinematografii od dawna. Nic dziwnego, rzeczywistość nie jest różowa, życie nie zawsze kolorowe, a magiczne sztuczki pozwalają oderwać się od codziennego życia, stresu, problemów. Nie inaczej jest w filmie Now you see me, choć w tym przypadku iluzja nie tyle służy zabawie, ile uświadomieniu odbiorcy jak bardzo wpływa ona na nasze życie i jak dalece jesteśmy od niej uzależnieni. Ale od początku. Sukces tego filmu to niewątpliwie zasługa kilku czynników.

  • Gra aktorska. Zdarza się, że odpowiednio zagrana rola może uratować film od kompletnej katastrofy. Cóż jednak powiedzieć o sytuacji, gdy aktor odtwarza swoją postać, w taki sposób, jakby nią faktycznie był? W Iluzji mamy do czynienia z tym drugim rozwiązaniem. Aktorzy na potrzeby swoich ról wyuczyli się podstaw sztuki magicznej. Spora w tym zasługa Kwonga, który podczas kręcenia filmu nieustannie służył swoją radą i wiedzą. I tak Jesse Eisenberg, filmowy J. Daniel Atlas nauczył się sztuczek z kartami, Isla Fisher (Henley Reeves) dowiedziała się w jaki sposób utrzymywać długo oddech pod wodą, Woody Harrelson (filmowy Merritt McKinney) przyswoił sobie podstawy hipnozy, zaś Dave Franco (Jack Wilder) wyćwiczył rzucanie kartami do perfekcji, co okazało się bardzo przydatne w scenie walki z granym przez Marka Ruffalo agentem FBI Dylanem Rhodesem. Dzięki temu oglądając film nie mamy żadnego poczucia dysonansu pomiędzy aktorem a jego postacią. Sceny przedstawiające magiczne iluzje wyglądają naturalnie, prawdziwie i przede wszystkim wiarygodnie.
  • A skoro mowa o sztuce magicznej, warto przy tej okazji wspomnieć o samym motywie oszustwa. Retor starożytnej Grecji Gorgiasz mawiał, że dobra sztuka to taka, w której oszukujący jest uczciwszy od nie oszukującego, a oszukany mądrzejszy od nie oszukanego. Albowiem sztuka wprowadza odbiorcę w stan iluzji, a ten, kto dokonuje tego przeniesienia w stan ułudy, jest sprawiedliwszy i bardziej uczciwy od tego, kto tego nie czyni. Podobnie jak odbiorca, który pozwala porwać się słowom czy iluzji magicznej, innymi słowy mówiąc pozwala wprowadzić się w stan złudzenia, jest mądrzejszy od tego, który nie poddaje się temu działaniu. I choć definicja ta tyczyła się utworu literackiego jakim była tragedia, to mimo upływu lat znajduje ona swoje odzwierciedlenie również w filmie, zwłaszcza w postaci, którą gra Morgan Freeman (Thaddeus Bradley). Jego postać to były iluzjonista, który w swoim programie telewizyjnym obnaża mechanizm sztuczek magicznych. To człowiek rozumu i logiki. Demaskuje iluzję magiczną, pokazuje na jakich zasadach ona działa; pokazuje, że nie ma żadnego świata „ponad”, żadnej magii, że w gruncie rzeczy iluzja magiczna jest tworem całkowicie racjonalnym i logicznym od początku do końca. Po jednym z występów Czterech Jeźdźców rusza ich tropem, by pokazać, co właściwie było i jest prawdziwym celem ich działania. Wydawać by się mogło, że byłego iluzjonistę, który zawodowo zajmuje się demaskowaniem iluzji, trudno będzie oszukać, a tymczasem to właśnie Bradley pada ofiarą tricku zastawionego przez grupę. Tak więc zgodnie z definicją ten, który nie poddał się iluzji, padł ofiarą pułapki, zaś Ci, którzy poddali się działaniu iluzji, wyszli z tego starcia wygrani.
  • Mając motyw oszustwa możemy sięgnąć po kontekst. Dwie sztuczki magiczne przedstawione w filmie mają swój pierwowzór w rzeczywistości. Chodzi oczywiście o Davida Copperfielda i jego koncepcję znikania i pojawiania się w innym miejscu oraz oswobodzenie się z kajdan przy pełnym zanurzeniu Houdiniego. Obie te sztuczki należą dzisiaj do kanonu sztuki magicznej. Przekształcone i użyte w filmie zyskują większy rozmach i napięcie z jakim się je ogląda.
  • Oglądając sztuki magiczne na srebrnym ekranie warto pamiętać, że magiczne iluzje to nie tylko spryt czy pewnego rodzaju zręczność, ale w dużej mierze technika XX i XXI wieku. Nie można zapominać, że za większością sztuczek magicznych stoją nowinki technologiczne, które umożliwiają, a w pewnych przypadkach, pogłębiają działanie iluzji. Nawet film, który jako sztuka, sam w sobie jest przedstawieniem pewnej iluzji, wykorzystuje zdobycze technologiczne, by pokazać coś, czego nie ma. De facto w Iluzji mamy do czynienia z podwójna iluzją. Po pierwsze iluzją sztuki filmowej, która przedstawia świat, którego nie ma. A po drugie z iluzją magiczną, która nadbudowuje się nad tym światem dając nam iluzję iluzji. Puszczone w ten sposób oko do widza uświadamia, że wszystko, co rozgrywa się na naszych oczach, to tylko gra.

            Iluzja to dobre kino akcji. Co je wyróżnia spośród innych komercyjnych filmów to przede wszystkim zgodne połączenie fabuły, gry aktorskiej i zdjęć. W efekcie otrzymujemy film, który przez całe 115 minut trzyma w napięciu. Dobre kino akcji to nie wszystko w przypadku tego filmu. Iluzja pokazuje jak niewiele wiemy o rzeczywistości i jak niewiele chcemy o niej wiedzieć. Pokazuje, że ludzie oraz rzeczy nie są takie, jakie widzimy je na co dzień. Przesłanie jakie nasuwa się po obejrzeniu tego filmu potwierdza słynną już dewizę Fryderyka Nietzschego, że iluzja potrzebna jest człowiekowi do życia. Służy za środek do kształtowania rzeczywistości. Sztuka filmowa, która z zasady opiera się na tworzeniu iluzji, jest czymś co w jakimś stopniu taką ludzką potrzebę zaspokaja. „Iluzja” wykorzystuje ten motyw, ale idzie o krok dalej. Pokazuje, że magia, tudzież tytułowa iluzja pozwalają widzieć rzeczywistość nie taką jaka ona jest, ale taką, jaką chcielibyśmy, aby była.

 

Birdman – Filmowy autoportret

Opowieść tworzona na podstawie własnych doświadczeń jest jednym z podstawowych motywów w sztuce. W każdej dziedzinie artystycznej pojawił się odpowiedni gatunek: w literaturze autobiografia, w malarstwie autoportret, film autotmatyczny, selfie w fotografii. Historia filmu uczy, że ten chwyt jest tak stary, jak samo Hollywood. Filmy jak:„Bulwar zachodzącego słońca, Wszystko o Ewie czy bardziej współczesne propozycje jak Artysta weszły już do kanonu . Obecność i popularność tej tematyki jest łatwo wytłumaczalna, to najlepszy nośnik przemyśleń o ludzkiej kondycji.

***

Podstarzały aktor Riggan (Michael Keaton), który lata swojej popularności ma za sobą, próbuje odzyskać poklask widowni i środowiska filmowego. Chcąc osiągnąć swój cel podejmuje się wyreżyserowania teatru na Brodwayu. Przeszkadza mu jego alter ego –Birdman, superbohater, którego grał w latach swojej młodości. Ptaszysko chodzi za nim i namawia do powrotu na ekran, kpi z niego i motywuje.

***

Alejandro González Iñárritu do znanej wszystkim historii dorzuca coś własnego: element magiczny w bardzo realistycznym świecie. Chwyt literacki-realizm magiczny, który rozsławił literaturę iberoamerykańską, jest tu jedynie dodatkiem do wielopoziomowej historii. Dlatego chwała reżyserowi za jego pomysłowe wykorzystanie, nie czyniąc z niego głównego elementu, który dźwiga cały film. Od początku filmu magia trzyma się Keatona i konsekwentnie jest realizowana. Manifestuje się w postaci Birdmana — superbohatera, którego Riggan odgrywał w młodości, i który przyniósł mu popularność. Jego filmowe wcielenie ciągle prześladuje go, przypominając mu o sławie. Drażni jego ego i zmusza do działania. Wiele osób odnosi fabułę do historii samego Micheala Keatona, ale upadła gwiazda to los wielu osób w branży filmowej. Popularność, rozpoznawalność w tym świecie to efekt uboczny pracy, która lubi kreatywność i różnorodność. Branży, która jest wiecznie głodna i potrzebuje nowych, ciekawszych rozwiązań. Ten poziom życia wewnętrznego aktora to pierwszy poziom, jaki film porusza. Bezlitosna potrzeba odnoszenia się do swoich poprzednich ról, wątpliwość znalezienia kolejnych, dających poczucie spełnienia, a co najważniejsze paranoiczne rozdzielenie na świat rzeczywisty i filmowy. Birdman nie tylko jest ucieleśnieniem pragnień, ale także wyraża przymus ciągłego zadowalania publiki. Ze śmiałością można powiedzieć, że jest formą akceptowalnej schizofrenii- ja w rzeczywistości i ja filmowego. Role, które odgrywa zarówno jako aktor, jak i człowiek — rola ojca, męża, mężczyzny — często się przenikają.

Ten aspekt jedności dwóch światów filmowego i prywatnego wyrażony jest poprzez pracę kamery. Praktycznie cały film-z małymi wyjątkami- kręcony jest na jedyny ujęciu. Kamera nie spuszcza bohaterów z oka. Poboczni bohaterowie wchodzą i opuszczają kadr, kamera śledzi ich na zewnątrz i poprzez korytarze teatru, przechwytując kolejne wątki. Taki zabieg miał zmusić widza do utożsamiania się z postacią i poczuć przepływ emocji bohatera: jego desperację, marzenia oraz wewnętrzną walkę. Najwyraźniej widać to w senach gry teatralnej, kiedy Keaton i Norton odgrywają swoje podwójnie aktorskie role. Aktor w filmie i aktor w filmie, w teatrze. Tutaj, gra aktorska nie kończy się, przeskakuje tylko między dialogami w filmie a dialogami w teatrze — to drugi poziom możliwy do odczytania. Widać, że Keatonowi w pewnym momencie brakuje siły -scena pseudowalik w majtkach. Keaton musi wykrzesać z siebie ciągle motywację i chęci do dalszej pracy, pomimo że jego teatralne przedsięwzięcie powoli ponosi porażkę. Ten absurdalny w wydarzenia świat nie poddaje się kontroli. Przypadek, roztargnienie sprawia, że można biegać w samych majtkach po głównej ulicy NYC niczym szaleniec. Co trzeba dodać, to ograniczona przestrzeń, po której postacie się przemiszczają. Korytarze teatru i ciągłe ujęcie, dodają klaustrofobicznego charakteru pracy reżysera. Większość ujęć to plany amerykańskie i zbliżenia, tak jakby operator chciał przyjrzeć się bliżej swojej postaci. Emocje i punkt widzenia reżysera zajmują tutaj uwagę. Świat zewnętrzny w filmie praktycznie nie istnieje, widzimy go tylko kątem oka kamery. Zdecydowanie mniej w tym filmie jest czasu poświęconego widowni teatralnej, a także postaciom drugoplanowym. Trzeci poziom, na jaki zwraca uwagę ten film to, reżyserowanie własnego życia/pracy. – czyli jak artysta widzi swoją pracę. Rigan tak samo, jak Innaritu jest reżyserem swojego teatru, dosłownie i w przenośni. Reżyserem realizującym sztukę i reżyserem swojego życia. A czym jest ludzkie życie, jeśli nie jednoosobowym teatrem?

Keaton wydaje się perfekcyjnie skrojony do tej roli. Pomijając jego doświadczenia życiowe. Widać, że dojrzałość jego kreacji wynika z balansowania na tragicznych i komediowych chwytach. Postać zagrana z lekkością komediową i ciężarem tragicznej postaci, która to zamknięta jest w hermetycznym świecie. Pozbawiony punktu odniesienia ulega szaleństwu. Zdecydowanie aktorsko ten film utrzymuje wysoki poziom, role Emmy Stone, Edwarda Nortona, Keatona są ich najlepszymi rolami dotychczas. Skonstruowane z rozmysłem od początku do końca, każdy wers wypowiedziany z motywacją i budzący emocje. Wszystkie postacie borykają się ze swoimi wewnętrznymi wątpliwościami, problemami. Córka walczy z nałogiem wynikającym z rozwodu rodziców i emocjonalnej niestabilności, Norton próbuje pozostać żywy i ciągle poszukuje tych doznań, Riggan mierzy się z gorzkim doświadczeniem ex gwiazdy. Nie ma w tym filmie zmarnowanej minuty, czy niepotrzebnych ujęć, wszystko jest skrojone na miarę.

Perfekcyjnie zrealizowany film nie wystarczy, by zachwycić widownie, trzeba podkreślić, że w tym wypadku mamy do czynienia z filmem wybijającym się jedynie z ram rzemieślniczych. I kiedy twórca potrafi wykorzystać swój talent w połączeniu z doskonałym warsztatem, wtedy zaczyna być artystą. Powinnam powiedzieć, że Birdman to film dla wszystkich, ale ograniczę się do stwierdzenia, że to film dla kinomanów, lubiących różne formy filmowe i pewnie czujących się z wolnym tempem narracji. Film zdecydowanie dla bardziej zaawansowanego widza.

10/10

Którą rolę kobiecą odgrywałaś w 2014.

Było już o Panach w 2014 i ich męskich rolach, teraz czas na kobiety. Dużo w prasie zagranicznej mówi się o kobiecych rolach filmowych i jak jest ich więcej, jakie są różnorodne i wiarygodne. Możliwe, wszystkich filmów nie widziałam, ale filmy oscarowe pozostawiają na ten temat wiele do życzenia. Nie da się ukryć, że studia produkcyjne w 2014 nadal preferują stereotypowe role żeńskie i to pewnie szybko się nie zmieni. Mężczyźni w przeciwieństwie do płci pięknej redefiniują swoje dotychczasowe ja, pokazują więcej wrażliwości, kwestionują kulturowe wzorce. Kobiety niestety gdzieś zgubiły się w walce o władzę. Poniżej przedstawiam pięć filmów, pięć różnych spojrzeń na kobiece role, pięć/cztery stereotypów -nie piszę o Marion Cotillard, bo nie ma jeszcze filmu w Polsce.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA
Marion Cotillard w Two Days, One Night
Felicity Jones w The Theory of Everything
Julianne Moore w Still Alice
Rosamund Pike w Gone Girl
Reese Witherspoon w Wild

Moją cichą, prywatną faworytką jest Rosamund Pike i jej rola w „Zaginionej dziewczynie”. Nie dość, że postać jest dobrze skrojona, to jest też najbardziej dojrzała i świadoma swojej roli w życiu małżeńskim. Najwięcej balansuje na stereotypach i najchętniej chciałaby je przełamać, ale mocniej mają one ja we władaniu. Amy Dunne córka znanych pisarzy, uprzywilejowanych finansowo i społecznie, dziewczyna, która stała się pierwowzorem bohaterki opowieść dla dzieci „Cudowna Amy”. W dużym skrócie postać z bajek realizowała to, czego prawdziwa Amy nie mogła i nie potrafiła. Posągowa piękność z poczuciem humoru i dystansem oraz inteligencją znajduje sobie chłopaka z Minnesoty, niezamożny, mało wyrafinowany, wręcz prosty, ale iskrzy. Ich małżeństwo inne od stereotypowych, wielkomiejskie z luzem i skupione na sobie. Ona w pewnym momencie utrzymuje związek, bez pretensji czy żalu. W trudnych chwilach idzie na kompromis, godzi się na wszystkie wymogi sytuacji, szczególnie kiedy wracają do małego miasta rodzinnego. Poświęca się, znosi to, tkwi w małżeństwie, chce dziecka pomimo niesprzyjających warunków finansowych. Wydaje się, że jest aniołem dla swojego męża, nic co robi, nie ma granic. Dosłownie nic, gdzieś w tej małżeńskiej współczesnej sielance znika. Pewnego dnia jej mąż po powrocie zgłasza na policję zaginięcie. Nie dlatego, że nie chcę już trwać przy boku męża, tylko dlatego by się zemścić. Zaplanowana perfekcyjnie zbrodnia wymaga ofiary, w tym przypadku najgorszej, bo z jej życia. Amy, by wrobić swojego męża w morderstwo musi popełnić samobójstwo. To jest daleko posunięta decyzja, zabić siebie, żeby ukarać mężczyznę, którego „kocha”. Nie bez powodów krytycy pisali o postaci Pike, że jest dysfunkcyjna, psychopatyczna. Jej spojrzenie na związek i relacje miedzy ludzkie odbiegają „od normy”. Wychowanie gdzieś zgubiło jej tożsamość, Cudowna Amy robiła to za nią. Pike to także metaforyczna ofiara z kobiety, jak jej emocję pogrążają samą siebie. Kiedy jej plan nie znajduje realizacji, jest to tylko pogorszenie sytuacji, końcowe rozegranie może być gorsze dla niej niż śmierć. Zamiast dokończyć żywota, będzie tkwiła w dysfunkcyjnym małżeństwie pełnym żalu, resentymentu, każdego dnia utrudniając sobie i swojemu mężu życie, bo właśnie tak wygląda małżeństwo. Jej rola, to dla mnie przykład kobiety, która udaje kogoś innego, iż jest tylko po to, by zadowolić męża, rodziców itp. tracąc przy tym zmysły.

Wiele osób trzyma kciuki za Julian Moore i jej rolę w filmie „Nadal Alice”. Nauczycielka akademicka wykładająca lingwistykę na prestiżowym uniwersytecie, matka trójki dzieci, u szczytu kariery dowiaduje się, że rozwija się u niej choroba Alzheimera. Dla kogoś, kto na co dzień zajmuje się problemami językowymi, ta choroba jest ironią losu. Wszystko, na czym opierała swoją siłę, zniknie. Nie będzie mogła już powoływać się na wiedzę, umiejętności czy chociażby zdolność mózgu. Będzie uczyć się zapominać. Ta rola wydawałaby się skrojona na Oscara, ludzka tragedia, której towarzyszą emocje publiczności, „nośny temat” choroby Alzheimera niestety brakuje mi w tej postaci szczerości i emocji samej aktorki. Poza zwątpieniem i strachem Julian Moore niekoniecznie przekazuje więcej. Końcowa scena, kiedy czyta i wykreśla z kartki monolog, jest zbyt dosłowna i cały jej performance wydaje się właśnie zwykłym odczytywaniem scenariusza. Rola Moore wpada w stereotyp kobiety sukcesu, która traci wszystko, na co pracowała życie, nie ma tu poza faktem choroby żadnych innych informacji i emocji.

Mniej surowa jestem dla Reese Whiterspoon i jej roli w filmie „Wild”. Dziewczyna po śmierci matki nie może poradzić sobie z tragedią. Nadużywa alkoholu i środków psychogennych, by poradzić sobie ze smutkiem i żalem, wiedzie wątpliwe życie erotyczne z przypadkowymi partnerami. By wyciągnąć się z tej dołka, wyrusza samodzielnie w podróż szlakiem turystycznym wzdłuż Pacyfiku. Przez dni pozostaje sama związana z naturą i może liczyć tylko na siebie. Nie jest do tej wyprawy zbytnio przygotowana, nie ma odpowiedniego sprzętu, nie umie używać butli z gazem, pakuje nie ten prowiant, co trzeba, nie używa swojego instynktu zachowawczego. Podczas podróży próbuje rozliczyć się emocjami i wspomnieniami z dzieciństwa-by odnaleźć siebie. Jej silne relacje z matką i jej sposobem życia bulgoczą pod powierzchnią żalu i nieporadności. Reese Whiterspoon stara się z wszystkich sił urozmaicić swoją postać, ale nie da się uciec od wrażenia, że jest to kolejna opowieść o kobiecie upadłej, zagubionej, której emocje opanowują i paraliżują jej działania. Jej dysfunkcyjna i niepełna rodzina nadaje tragedii i negatywnego wydźwięku filmowi.

Felicity Jones odmienna rola od powyższych. Niewykorzystany potencjał roli kobiety, która trwa przy własnym mężu niezależnie od okoliczności, choroby i trudności z tym związanych. Kobieta, która tuż po poznaniu Hawkinga dowiaduje się jego chorobie, decyduje się na ślub. Ta młoda miłość i naiwności z niej wynikająca przez 40 lat trzyma to małżeństwo razem. Podstawowe czynności, jakie musi wykonywać, ubieranie męża, nakarmienie męża, a również opieka nad dziećmi znosi bez zająknięcia. W jej przypadku, słowa: za każdym mężczyzną stoi kobieta nabierają mocy. Felicity Jones, delikatna i wrażliwa studentka sztuk, stanowi przeciwwagę dla Hawkinga, jej empatyczne podejście nie jest ciężarem, ale jest jej siłą. Jones tylko nie wykorzystuje potencjału tej roli. W momencie, kiedy pojawia się okazja do pokazania szeregu skomplikowanych uczuć, ucieka, chowa za plecami męża. Nie ma ani razu jej wątpliwości, a przecież koniec ich związku wisi na włosku. W kilku ujęciach wyrywa się jej chęć poświęcenia swojej dziedzinie. Ta rola ma ogromny potencjał, ale nie jest on wykorzystany, możliwe, że przez samą aktorkę, a może raczej przez produkcję. Kolejny gwóźdź do trumny zwany, stereotypem mówiącym o poświęcaniu swojego życia dla osiągnięć mężczyzny.

Czy te wszystkie stereotypy zmieniają coś w kinie, szczególnie kobiecym i dla kobiet? Te wszystkie role, które w oscarowych filmach są przedstawione, mają swoje mocne strony? Cierpliwość, empatia i siłą z nich wypływająca są cechami, które powinny być pielęgnowane wśród kobiet. Kobiecy nie znaczy słaby czy nieodpowiedzialny, przy nadmiernej maskulinizacji, trzeba pamiętać o kobiecych cechach i trochę mi tego brakuje w tych filmach. Te stereotypy filmowe często przytłaczają swoim ciężarem i spłycają odczytanie filmu. W większości negatywne cechy kobiet są tutaj punktem wyjścia do dalszego poszukiwania własnego kobiecego ja-w przeciwieństwie do mężczyzn- kobiecość w 2014 roku to ciągle przeszłość zazwyczaj toksyczna i niepewna przyszłość. Oby 2015 przyniósł więcej różnorodności i rozwiązań dla kobiecych ról.

Sekretne życie Walter Mitty – Afirmacja życia

Chodzi za mną ta recenzja chyba gdzieś od roku :/ Film znany większości publiczności, był już w kinach, na płycie, telewizja też już odcina kupony od Waltera, ale jest coś w tym filmie, co sprawia, że wracam dość często do niego. Nie przepadam za ponownym oglądaniem filmu po jakimś czasie, chyba że muszę uważniej się przyjrzeć, ten, jednak zapadł mi w pamięć i dla czysto hedonistycznej potrzeby podejmuje się tej recenzji.

***

Walter Mitty, czterdziestoletni kierownik repozytorium pracuje w magazynie Life. Przez ostatnie szesnaście lat współpracował z fotografem Shanem O’Conellem (Sean Penn) poddając obróbce jego zdjęcia. Walter przesiaduje głównie w ciemnym pomieszaniu chowając się przed światem. W swojej kremowej marynarce, czarnych spodniach i białej koszuli jest praktycznie niewidoczny dla reszty świata. Swoje obowiązki wykonuje sumiennie, można powiedzieć, Walter jest odpowiedzialny i spokojny, ale ma jedną przydatną umiejętność potrafi śnić na jawie. Walter zanurza się w świat bohaterskich czynów, ciekawych podróży i odważnych decyzji, kiedy jest ku temu sposobność. Jego życie, gdyby nie przypadek, a raczej ciąg przypadków. Zagubione zdjęcie zmusi Waltera do wyruszenia w podróż jego życia. Kiedy wróci, nie będzie już tym samym człowiekiem.

***

Ben Stiller znany jest szerokiej publiczności raczej z komedii jak „Zoolander”, „Jaja w Tropikach”, „Telemaniak”- filmy, które zdobyły największe zainteresowanie wśród widzów. Jest też bardziej refleksyjna strona tego reżysera, co widać najlepiej po jego debiucie „Orbitowanie bez cukru”. Gorzka satyra na życie absolwentów uniwersytetu, którzy w ówczesnej rzeczywistości nie potrafili odnaleźć własnej ścieżki życia. Pokolenie dzieci powojennego, amerykańskiego boomu, dla których wartości rodziców nie były już aktualne. W tym debiucie można dopatrywać się narodzin postaci Waltera. Ciężar dźwigania szarej rzeczywistości na swoich barkach, pracy, zobowiązań finansowych i opieki rodzicami zbija się z chęciami odmiany własnego losu. Walter wydaje się być kontynuacją tych postaci, tylko że teraz ma już bagaż doświadczeń życiowych i dystans. Ben Stiller jak przystało na aktora komediowego potrafi również zagrać role bardziej dramatyczne i trzeba przyznać, że wychodzi mu to nieźle, szczególnie, kiedy pokazuje neurotyczną twarz Waltera. Nieśmiały, wycofany Walter znosi kolejne trudności z pokorą. Stiller nadaje mu charakteru trafnymi kwestiami i ich prostotą i lekko ironicznym wydźwiękiem np telefoniczna relacja z pracownikiem obsług klienta. Fabuła oparta została na opowiadaniu James’a Thurbera w NYTimesie pod tytułem „Cudowne życie Waltera Mitty”. W 1976 roku była pierwsza ekranizacja tej powieści i jest to film wierny pierwowzorowi literackiemu. Stiller zaczerpnął jedynie wątek „marzeń na jawie” i przerzucił swoją postać we współczesne czasy. Reżyser również wzbogacił scenariusz w nowe wydarzenia, czasem zaskakujące i absurdalne, ale zdecydowanie rozrywkowe. Silną stroną filmu jest również jego warstwa wizualna, operator Stuart Dryburgh znany z filmu „Fortepian”, czy „Malowany Welon” ujmuję Waltera w klamrę szerokich planów, pejzaży i tym samym nadaje filmowi lekkości oraz swobody. Nie da się ukryć, że aktorzy zaproszeni do współpracy nie mają może silnych ról, ale tworzą postacie wiarygodne, oryginalne i zabawne. U boku Stillera występują: Kristin Wiig, Kathryn Hahn, Patton Oswalt. Wszystkim aktorom udało się nadać charakter swoim postaciom. Oswald swoim głosem wyraża sympatię oraz koleżeństwo wobec nieznanego Waltera, Hahn dowcipem swoistą niezgrabność, a Wigg, to spokojna pani z kadr, która tak samo, jak główna postać jest nieporadna. Ciekawym wyborem wydaje się być ścieżka dźwiękowa. Pomimo dobrego dobór utworów z tzw sceny „indie”, to czasami wydaje mi się, że cały charakter muzyczny miał przypodobać się młodszej widowni i jest czasami dla mnie niespójny.

Nie da się ukryć, że Walter to nie arcydzieło, ale Stiller nie miał zamiaru takiego filmu robić. Jego styl konsekwentnie trzyma się postaci, która zderza się z rzeczywistością, czy to w zabawny, czy bardziej tragiczny sposób. Kino dobre, nie rewelacyjne, czasami zwyczajnie dobre, ale w swojej zabawnej lekkiej formule sprawia, że chętnie się to ogląda. Walter Mitty, to zdecydowanie inteligentna historia o współczesnym Kowalskim, który wstaje zza biurka i zmienia swoje życie. Film pełen ciepła, wyrozumiałości i pokory. Zdecydowanie jeden z moich ulubionych szczególnie za fakt, że nie moralizuje, a jedynie zwraca i przypomina o możliwościach drzemiących w człowieku.

7/10